„Wojna Makowa” Rebecci F. Kuang – recenzja

Wojnę Makową Rebecci F. Kuang czytałyśmy z Nanaia w tym samym czasie, pokusiłyśmy się więc o wspólną recenzję, a żeby miała ręce i nogi, napisałyśmy ją w formie pytań i odpowiedzi.
 
 

Co mnie skłoniło do sięgnięcia po Wojnę Makową?

 
 
Aethelflaed: Nie będę udawała – ogromny szum, jaki wywołała w świecie książkowym. Musiałabym chyba żyć pod kamieniem, żeby o niej nie słyszeć. Jej okładka łypała na mnie z prawie każdej strony poświęconej literaturze a pozytywne opinie o niej wylewały się strumieniami ze wszystkich serwisów społecznościowych. Wydawnictwo wykonało tez kawał dobrej roboty jeśli chodzi o wygląd okładki – jest przepiękna. Choć warto jednocześnie wspomnieć, że oprawa zintegrowana, którą posiadam, jest bardzo, ale to bardzo niewygodna, otwiera się dość sztywno i przez to zmuszona byłam czytać tak ostrożnie, by nie złamać grzbietu. Co poza tym? Klimat – kraje azjatyckie już dawno skradły moje serce.
 
 
Nanaia: Okładka. Jestem sroką okładkową i zwracam uwagę na wygląd książki. Jeśli już przykuje moją uwagę, to zaczynam się zastanawiać, a jak mnie zainteresuje środek… To ląduje w koszyku i nie ma zmiłuj! Wojna Makowa to także moja pierwsza książka, której fabuła ma miejsce w, nazwijmy to roboczo, okołoazjatyckim kraju.
 
 
 

Co mnie najbardziej urzekło w przedstawionym świecie?

 
 
Aethelflaed: Oj, było tego bardzo dużo, ale chyba ten klimat właśnie, którym jest przesiąknięty. Nie jest to świat, w którym chciałabym żyć, ale ma w sobie coś pociągającego, jakąś eteryczną tajemnicę którą skrywa pod warstwą prostoty i brzydoty. Bo taki jest świat w tej książce – nieidealny i nieoczywisty, mętny i różnorodny, piękny i brzydki zarazem.
 
 
Nanaia: Jego sensowność! Autorka nie siliła się na wymyślanie czegoś nowego, świat przedstawiony ma realistyczny ustrój, ma historię, która brzmi jak wydarta żywcem z podręcznika, hierarchia społeczna czy to w Akademii, czy w Tikany ma smak realizmu. Przez większość książki można zapomnieć, że to fantastyka – autorka stworzyła rzeczywisty kraj, zamknięty w pięknej okładce. Te wszystkie majestatyczne legendy brzmią tak swojsko, jakbyśmy opowiadali sobie nasze polskie legendy o Smoku Wawelskim.
 
 
 

Co, według mnie, jest najsilniejszą stroną tej książki?

 
 
Aethelflaed: Tempo – (gdy już przebrniemy przez pierwsza nudnawe 100-200 stron) ta książka naprawdę pędzi, wciąga czytelnika w wir wydarzeń i leci na łeb na szyję. Historia – naprawdę ciekawa (od pewnego momentu), stawiająca więcej pytań niż dająca odpowiedzi. Autorka prowadzi nas przez nią trochę na oślep, wzniecając naszą ciekawość jak pożar. Gorączkowo przerzucałam strony, by dowiedzieć się jak dalej to wszystko się potoczy. Bohaterowie drugoplanowi – arcyciekawi, zajmujący, prawdziwi – szkoda, że autorka poświęciła im stosunkowo mało czasu, ale mam nadzieję że poprawi się to w następnych częściach. Klimat – pisałam o tym wyżej. Brutalność świata – w większość książek opowiadających o młodych bohaterkach świat jest przesłodzony, polukrowany i nie ma w sobie nic z prawdziwego życia. Ta książka opowiada o wojnie, i tę wojnę w niej zobaczymy taką, jaką jest naprawdę: okrutną, bezwzględną i brudną. Brak wątku miłosnego – nareszcie jakaś książka, w której nie musimy czytać o uniesieniach serca i „ważnych” decyzjach romansowych. I na koniec najważniejsze – przełamanie kliszy. Początkowo myślałam, że to typowa powieść YA „od zera do bohatera”, i faktycznie tak trochę jest. Z tym, że ten końcowy „bohater” balansuje na granicy ze zbrodniarzem.
 
 
Nanaia: Cała książka jest wyjątkowo dobra. Jest takim… Azjatyckim Harrym Potterem, tylko skumulowanym do jednego (no, potem do trzech!) tomu. Po raz pierwszy widzę proces dojrzewania bohatera, który wygląda tak prawdziwie, nie idzie „swoim tempem”, tylko dostosowuje się do biegu zdarzeń. Rin nie ma czasu na miłostki, na rozterki towarzyskie. Jest wojna i życie schodzi na drugi plan! Sposób przedstawienia wojny także bardzo mi się podobał, choć w tym kontekście to chyba nieodpowiednie słowo. Autorka przedstawiła wojnę taką, jaka jest, jaką możemy wyczytać z kart książek historycznych – ba, Rebecca F. Kuang studiuje historię i widać, że korzysta z wartościowych źródeł. Momentami ciężko było przebrnąć przez te opisy, okropności i całe zło, które wyniknęło z wojny. To nie jest typowe przedstawienie „my dobrzy, oni źli”. Czytając to zastanawiałam się czy przypadkiem nie jest to opowieść prowadzona od strony antagonisty… Ach, no i postaci. Bohaterowie są na prawdę świetni! Niby są typowi, ta ładna i wredna, ten przystojny i bogaty, tamten skromny ale mądry… Ale mają cechy indywidualne i także dorastają i zmieniają się. Zmieniając bieg historii autorka nie zapomina o nikim!
 
 
 

Co zatem jest najsłabszą?

 
 
Aethelflaed: Rebecca F. Kuang to bardzo młoda autorka, i to widać. Mimo lekkiego pióra i znakomitego pomysłu nie uchroniła się przed kilkoma błędami fabularnymi czy wpadkami. I tak mamy kilka sytuacji, w których coś poszło nie tak w ciągach przyczynowo-skutkowych, trochę niedopatrzeń, odrobinę rażącego plot armoru. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsza jest Rin – główna bohaterka. Przez większość książki ta dziewczyna była prowadzona po prostu beznadziejnie – niekiedy arcymądra, niekiedy totalnie głupia, niekiedy arcyzdolna (naprawdę ARCYzdolna) i uparta, by za chwilę stać się, ni z gruszki ni z pietruszki, spolegliwą mamałygą. Pyskata i nad wyraz pewna siebie, mimo że nie miała do tego żadnych, ale to naprawdę żadnych podstaw. Ona była jednym wielkim chodzącym i wkurzającym oksymoronem. Podejmowała ważne decyzje bez jakiegokolwiek przemyślenia ich, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to że była kreowana na bardzo inteligentną i bystrą dziewczynę. Nie okazywała minimalnego szacunku do swojego mistrza, mimo że ponoć kochała go i podziwiała. Przez jakieś 2/3 książki była po prostu wkurzająca gówniarą, której nie sposób polubić. Na szczęście na końcu się „wyrabia”, jej przemyślenia są składne i zajmujące, ona sama jest postacią, którą polubiłam. Przestaje być tak śmiesznie nierealna, staje się kobietą z krwi i kości, której się współczuje i chce się jej kibicować.
 
 
Nanaia: Już po kilkunastu stronach razem z Alicją doszłyśmy do wniosku że Rin to najgorsze co spotkało tę książkę. Jakby autorka nie wiedziała kim tak na prawdę bohaterka ma być i dała jej po trochu wszystkiego. Na raz. Jest mądra i głupia, jest biedną sierotą i rozpieszczonym bachorem, jest słaba i silna. Dodajmy do tego kilka potknięć, dziur fabularnych i parę asekuracyjnych zabiegów autorki. Mam wręcz wrażenie, że pierwsza część książki powstała na siłę i tylko po to, by móc zająć się resztą fabuły.
 
 
 

Jak postrzegam świat i mechanizmy magiczne przedstawione przez Rebeccę F. Kuang?

 
 
Aethelflaed: Świat magiczny w Wojnie Makowej opiera się na mitologii i bóstwach, co mnie akurat bardzo zadowala. Magia i szamanizm nie są oparte na zaklęciach czy nadprzyrodzonych mocach, lecz medytacji i oddania się bogom pod opiekę czy korzystaniu z ich pomocy. Według mnie jest to świetne rozwiązanie, idealnie wkomponowane w całą historię. W pierwszym tomie niewiele jeszcze o tym wiemy, autorka uchyla nam tylko rąbka tajemnicy, ale i tak zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.
 
 
Nanaia: Kocham wszelkie okołopogańskie wątki i tu te wątki (nie nazwane oczywiście pogańskimi!) są. Szamanizm jest tu pokazany w formie zbliżonej do definicji, widać kilka smaczków, które autorka dodała na potrzeby świata przedstawionego i są one znakomite. Nie jest to klasyczna magia, nie ma tu czarodziejów ani ksiąg z zaklęciami – jest za to zapomniana dziedzina, zbyt skomplikowana by zajmowała się nią prosta ludność. Nie chodzi o talent, czy wyjątkowe umiejętności a o ciężką pracę i otwarty umysł.
 
 
 

Wojna Makowa jest uważana za jedną z najlepszych książek YA. Po jej lekturze uważam, że…

 
 
Aethelflaed: Że to nie jest książka dla młodzieży, a na pewno nie tej młodszej. Jest w niej tyle bólu, okrucieństwa, brutalności i zła, że psychika młodej osoby nie jest chyba na tak opisaną rzeczywistość przygotowana. Szczerze mówiąc, opis wojny przypominał mi historie znane nam chociażby z… Wołynia. Kompletnie inna kultura, kompletnie inna część świata, ale to pierwotne zło, nieludzkie okrucieństwo takie samo. Nie sądziłam, że ta książka tak bardzo mną wstrząśnie, tak znacząco wpłynie na psychikę i skłoni do rozmyślań nad naturą ludzkiej niegodziwości. Gdy czytałam jedną z rozmów Venki i Rin (jeśli czytaliście tę książkę, na pewno wiecie o którą z rozmów mi chodzi) miałam ciarki na skórze i łzy w oczach. Czytanie tego sprawiało mi ogromny ból. Może dlatego, że miałam świadomość, iż mimo że mamy do czynienia z wymyślonym światem i wymyśloną wojną, to w takim właśnie świecie żyjemy, a wojny i zbrodnie opisane w Wojnie Makowej, faktycznie miały/mają miejsce. Że ludzie, ludziom…
 
 
Nanaia: Że ktoś, kto zakwalifikował to jako ya musiał mieć traumatycznie dzieciństwo. Ta książka nie powinna być traktowana jako książka dla młodzieży! Ktoś poleciłby lekturę Swietłany Aleksijewicz dzieciom? Może początek jest taki klasycznie harrypotterowski, ale potem wkraczamy w brutalnie realny świat wojny. Autorka czerpie z historii Chin i z tego, co z ludźmi robili Japończycy w obozach. Nie da się czytać Wojny Makowej jedynie jako fantastyki, bo rzeczywistość wypływa spomiędzy jej kart wartką strugą krwi, bez patrzenia przez paluszki i głaskania po główce. Wojna Makowa jest po prostu jedną z najlepszych książek wydanych w tym roku.
 
 
 

Czy wrócę kiedyś do Wojny Makowej?

 
 
Aethelflaed: Z pewnością! Na razie czekam na drugi tom (który ponoć ma wyjść już w październiku*), ale przed wydaniem trzeciego na pewno zrobię powtórkę dwóch pierwszych, a później pewnie jeszcze wielokrotnie będę wracać do wszystkich trzech. Mam wrażenie, że to jedna z tych książek, która przy każdym czytaniu odkrywa przed czytelnikiem nowa tajemnice i kolejne „poziomy”. Szczerze mówiąc, nawet teraz mam ochotę do niej wrócić, szczególnie do jej drugiej połowy.
 
 
Nanaia: Na pewno. Drugi tom już w październiku, a na trzeci będziemy czekać jak dzieci na gwiazdkę!
 
 
*Tekst był pisany przed premierą drugiego tomu, który to już miał swoją premierę.
 

Czy polecam?

 
 
Aethelflaed: Zdecydowanie, ale nie wszystkim. Przede wszystkim nie osobom bardzo młodym – myślę, że nie powinny po nią sięgać osoby młodsze niż 17-18 lat. Poza tym polecam ogromnie wszystkim, którzy nie zniechęcą się po dość kiepskim początku i pozwolą się porwać epickiej historii, która tak naprawdę jest studium ludzkiej natury. Czytajcie, bo naprawdę warto.
 
 
Nanaia: Nie mogłabym z czystym sumieniem polecić ją komuś, kto do tej pory czytał tylko Harrego Pottera czy inne Opowieści z Narnii. To literatura momentami bardzo ciężka i trzeba wyrobić sobie do niej zaplecze, ale każdy dorosły czytelnik powinien po nią sięgnąć. Pierwszą część potraktujcie raczej jako kiepski aperitif, a przepadniecie gdy dotrzecie do głównego dania!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 + 12 =

Magazyn Hipogryf