“Władca Pierścieni” – klasyk, który każdy powinien znać

Władca Pierścieni… Co napisać? Od czego zacząć? Dobrze, spróbujmy od początku 🙂 Wpadła w moje ręce w wieku mniej-więcej gimnazjalnym, kiedy już z książkami byłam za pan brat. Uwielbiałam czytać, także fantastykę, więc kiedy tylko miałam okazję zapoznać się z kolejną książką z tego gatunku, od razu z niej skorzystałam. I przepadłam. Dosłownie: czytałam non stop, po kilka godzin dziennie, a gdy ją skończyłam, zaczęłam od nowa. Byłam zafascynowana, zaczarowana i kompletnie świrnięta na punkcie świata stworzonego przez Tolkiena. Wymyślałam nowe historie w nim osadzone, uczyłam się elfickiego języka, szkicowałam swoje wyobrażenia na temat Minas Tirith czy Lothlorien… Ach, co to był za czasy! Ja dosłownie żyłam tą książką, zatopiłam się w niej kompletnie. Wracałam do niej kilkakrotnie, film znałam (i nadal znam, jak się okazało) na pamięć, z każdym szczególikiem. Później przyszedł jednak czas liceum, a z nim inne lektury, inne zainteresowania, trochę się zrobiło poważniej, wkroczyła literatura faktu czy biografie i czar prysł. Nadal lubiłam całe uniwersum stworzone przez Tolkiena, chętnie przysiadałam przed TV, kiedy „leciała” akurat któraś z części LOTR lub Hobbita, zaglądałam od czasu do czasu do książki, ale ten stan głębokiego oczarowania przeminął. Od kilku dobrych lat nosiłam się z zamiarem ponownego przeczytania powieści, byłam bowiem pewna, że wiele już zapomniałam, że znowu czeka mnie fantastyczna uczta za tymi czarnymi okładkami, że wystarczy tylko sięgnąć… Ale nie sięgałam, bo nie było kiedy, bo było co innego do czytania, bo nie miałam akurat ochoty na fantastykę. Aż w końcu uznałam, że jak nie teraz, to już nigdy, i w końcu, po tylu latach, wróciłam do Śródziemia….

Przyznaję to niestety ze smutkiem, ale powieść szła mi opornie. Nie dlatego, że po latach zmienił mi się gust i przestała mi się podobać. Nie dlatego, że zmęczyły mnie długie opisy, które kiedyś z powodzeniem przenosiły mnie do świata przedstawionego. Ale dlatego, że moja pamięć okazała się lepsza niż przypuszczałam, i wszystko pamiętałam. Linijka po linijce, odświeżałam sobie tylko to, co już miałam w głowie. Powieść ta jest tak mocna, epicka i genialna że na dobre wżarła się w mój umysł jak rdza w metal już wtedy, kilkanaście lat temu, a niezliczone seanse jej ekranizacji utrwaliły ją na dobre. Możecie mi wierzyć, że czytając dialogi, prześlizgiwałam się po nich często wzrokiem bo PAMIĘTAŁAM co kolejno mówią bohaterowie. Sprawiło to, że czytanie tej książki nie sprawiło mi tyle frajdy, ile oczekiwałam, ale to moja wina, a właściwie mojej naiwności. Miałam bowiem nadzieję, że czytając tę samą książkę po raz kolejny, może ona dać tyle samo radości i fascynacji co za pierwszym razem.

Trudno jest więc napisać mi recenzję teraz, nie wiem bowiem, do którego czytania mam się odnosić 🙂 Z pewnością, i myślę że każdy się ze mną zgodzi, jest to kamień węgielny całej fantastyki. Władca Pierścieni to najlepsze, najważniejsze, i najbardziej epickie dzieło genialnego pisarza, jakim był John Ronald Reuel Tolkien. Bez niego nie byłoby pewnie połowy wspaniałych książek, których twórcy wyrośli na jego historiach. Nie jestem w stanie opisać, ile mu zawdzięczam. Nie wiem jak wyrazić w słowach podziw, uwielbienie i szacunek, jakimi go darzę. Jak bardzo podoba mi się świat, który wymyślił i opisał, jak bardzo chciałabym się w nim znaleźć choć na krótką chwilę, i ile szczęście podarował mi swoją twórczością. Bo to było i jest prawdziwe, szczere, niczym niezmącone szczęście, poczucie przynależności do zacnego grona czytelników wysokiej fantastyki, która zaczęła się od Tolkiena właśnie. Od hobbita, który znalazł pierścień…

Bezcelowe jest według mnie pisanie, jak żywi są bohaterowie (przyznać się, w kim z książki się kochacie? Moje serce skradł Haldir… ), jak barwny świat (kto by nie chciał spędzić chociaż kilku godzin w złotym lesie Lothlorien, ten jest zaiste głupcem), jak epicka jest to opowieść (na bank obgryzaliście paznokcie z nerwów, gdy ją czytaliście), jak bogata jest rzeczywistość (i nie chodzi mi tu o pierścienie…) we Władcy Pierścieni. Bo to wszystko zostało już powiedziane, przemaglowane i zatwierdzone przez tysiące czytelników. Nie ma lepszej powieści fantasy i nie będzie. Po prostu. Tolkien jest jak Kolumb, tylko zamiast odkryć Amerykę, on odkrył wysoką fantastykę. I za to właśnie, do końca życia, będę mu wdzięczna. I nie raz pewnie jeszcze wrócę do powieści, choćbym miała znać ją nadal na pamięć. Warto, chociażby dla poczucia tego klimatu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 + pięć =

Magazyn Hipogryf