Star Wars Jedi Academy – na ratunek galaktyce! Po raz kolejny…

Dawno dawno temu, w odległej galaktyce, była sobie gra…

 

Star Wars Jedi Knights: Jedi Academy

 

Gra, w którą zagrywałem się jakieś 10 lat temu i która nadal nie stracił ani trochę ze swojej grywalności. Tym którzy na sam widok Jedi Academy przypominają sobie jak machali mieczami świetlnymi pod bacznym okiem Kyle’a Katarna, tytułu przedstawiać nie muszę. Resztę zapraszam do lektury, gdyż przed wami gra, obok której fan SW nie powinien przejść obojętnie.

 

Jedin Knights po raz trzeci

 

Star Wars Jedi Academy jest trzecią (po Dark Force II i Jedi Outcast ) grą z serii Jedi Knights. Mającej swoje miejsce po wydarzeniach z Powrotu Jedi (tj. VI części filmu). Luke Skywalker zajął się odbudową zakonu Jedi, po galaktyce panoszą się resztki imperium, a Sith’owie znowu coś knują. Za dużo rozpisywać się nie będę, bo przybliżenie postaci takich jak Katarn i całego świata, pełne byłoby spoilerów do poprzednich części, a te, pomimo swojego wieku, nadal warto przejść.

 

 

Nowi rycerze Jedi na horyzoncie

 

Głównym bohaterem jest postać imieniem Jaden, powiedziałem postać, gdyż podczas jej tworzenia, gracz może wybrać rasę i płeć bohatera, ale niezależnie od tego on/ona nadal nazywać się będzie się tak samo. Jako Jaden wyruszamy do akademii Luka Skywalkera, by pobierać nauki Jedi, a to dlatego, iż już na starcie byliśmy takim badassem, że samemu zbudowaliśmy sobie miecz świetlny, bez żadnej wiedzy o Jedi i niczyjej pomocy. W trakcie lotu na księżyc Yavin 4 poznajemy też tego bardzo irytującego typa… to znaczy się Rosha, innego ucznia, z którym to przyjdzie nam się użerać przez resztę gry.

 

Star Wars Jedi Academy czyli Mocą i Mieczem

 

Żeby nie było za pięknie, już na starcie wahadłowiec, którym leci nasz bohater, zostaje zestrzelony!

 

Jedi rozbijają się nieopodal miejsca lądowania i tu zaczyna się już prawdziwa rozgrywka. Mamy naszą postać, mamy kozacki miecz świetlny i możemy iść w bój! A kto będzie naszym pierwszym przeciwnikiem? Oczywiście drzewo… bo nie kto inny jak Rosh, który to też musiał rozbić się akurat z nami, nie potrafi przejść przez strumyk i trzeba mu zrobić prowizoryczny most.

 

Pomijając ten wstęp już po chwili możemy radośnie rozciachać dwóch szturmowców, a potem zmierzyć się z mrocznym Jedi. Za trudne to nie będzie, ale pozwoli nam poczuć, co tak bardzo przyciąga w tej grze. Mianowicie miecze świetlne! Knight of the Old Republic były świetnymi grami, Battlefront też, ale w żadnej z nich nie było tak świetnie zrobionych walk na miecze. Gdzie jedno cięcie może zakończyć cały pojedynek.

 

 

Walcząc ze szturmowcami od razu czujemy jak cudowne jest bycie Jedi, jedno machnięcie mieczem i kończyny latają w powietrzu. Z kolei walka z innymi Jedi jest jeszcze lepsza, dwie postacie lawirujące między sobą, co chwila, krzyżując miecze, odbijając ataki, blokując i parując ciosy, by w końcu przeciwnik nie zdążył się zasłonić i padł od jednego cięcia miecza.

 

Z czasem dochodzimy do większej wprawy, rozwijamy nowe style jak walka dwoma mieczami i podwójnym mieczem, atakujemy z wyskoku, obrotu czy przykucnięcia.

 

Trochę się jednak rozpędziłem, wróćmy do naszego bohatera rozbitka

 

Po pokonaniu mrocznego Jedi, jesteśmy światkami, jak grupa ludzi z jakimś ustrojstwem, wysysa energię ze świątyni. Ostatnie co pamiętamy to, jak dostajemy owym ustrojstwem, a potem już budzimy się w towarzystwie Luka i innych jedi, no i oczywiscie Rosha.

 

Dowiadujemy się o istnieniu kultu Sith’ów, który ostatnio nieco się rozrósł i zaczął trudzić wykradaniem mocy z miejsc pokroju niedawno odwiedzonej przez nas świątyni. Oczywiście, gdy zło nie śpi, to trzeba działać!

 

 

Pierwsze co nas czeka to trening na prawdziwego Jedi. Żeby było jeszcze lepiej za mistrza robić będzie nie kto inny jak Kyle Katarn, bohater poprzednich części Jedi Knight i jeden z największych wymiataczy galaktyki, nie wspominając, że wygląda i zachowuje się zupełnie jak reinkarnacja Obi-Wana Kenobiego.

 

Więc jesteśmy my, nasz zabójczy miecz świetlny, legenda-mentor i Rosh!
Oczywiście… okazało się, że było za dużo chętnych na Jedi i mistrzowie dostawali po kilku studentów, a nam akurat ze wszystkich musiał trafić się ten typ.

 

Na ratunek galaktyce!

 

Pomijając już trening, który odbywa się w świetnie odwzorowanym i znanym z książek Jedi Praxeum, czy takich smaczków jak latające roboty treningowe, których pociski odbija się mieczem świetlnym, tak jak robił to Luke w starej trylogii. To mamy tutaj do przejścia 15 różnorodnych misji.

 

Kolejność możemy wybierać my sami, dodatkowo są one jakby w 3 zestawach. Na początku mamy 5 misji (ale możemy zrobić np. 4 i ostatnią zostawić nieruszoną), po nich następuje jedna większa, popychającą główny wątek fabularny do przodu i kolejny zestaw 5.

 

 

Przyjdzie nam walczyć ramię w ramię z Chewbaccą, zwiedzić sanktuarium Vadera, ratować pędzący pociąg, uciekać na ścigaczu, zmierzyć się z Boba Fett’em czy ratować tego dra… znaczy się Rosha. Dodatkowo nie samym mieczem Jedi żyje i przyjdzie nam nie raz złapać za jakiś karabinek czy wyrzutnię rakiet. Ta z kolei nie raz okaże się bardziej skuteczna przy nieco większych przeciwnikach.

 

No i nie można też zapomnieć o mocach. Za każdą misję dostajemy jeden punkt do przydzielenia na moce, takiej jak leczenie czy znane z filmów Vader’owe duszenie albo rażenie piorunami. Trzeba przyznać, że używanie mocy daje jeszcze więcej frajdy niż miecz świetlny. Ile to razy po prostu bawiłem się i zamiast szybko zabijać przeciwników, to spychałem ich mocą z krawędzi, miotałem po ścianach czy przewracałem na plecy i wytrącałem mocą broń z rąk.

 

Star Wars Jedi Academy ma 16 lat na karku i dalej kopie

 

Poza samą rozgrywką, która jest po prostu świetna i nawet po tylu latach, bawię się przy Jedi Academy tak samo dobrze, jak za pierwszym razem. Mamy jeszcze oprawę graficzną.

 

 

Pierwsze co trzeba powiedzieć to, że gra wykorzystuje silnik Quake III: Team Arena, drugie to, że tytuł miał swoją premierę w 2003 roku, czyli ma już 16 lat. Trzecia i zarazem najważniejsza to, że wcale nie wpływa to na przyjemność z gry!

 

Nawet po tylu latach, z przyjemnością zwiedza się lokacje, czy ogląda pojedynki na miecze świetlne.

 

Kolejnym wielkim plusem jest oprawa dźwiękowa. Aktorzy są świetni, głosy szturmowców przepuszczone przez ich kaski brzmią jak w filmie, a muzyka od razu pozwala nam poczuć, że mamy do czynienia z Gwiezdnymi Wojnami.

 

Warto też napisać, że na grze historia naszego bohatera się nie kończy. Stał się on postacią kanoniczną (a przynajmniej tak był, póki Disney nie przeniósł tej historii do Legends) w uniwersum Star Wars i poczytać o nim możemy w kilku książkach jak, chociażby Legacy of the Force: Fury czy Crosscurrent.

 

No i należą się też wielkie brawa dla wszystkich fanów, którzy od początku powstania gry tworzą do niej niezliczone ilości modów jak chociażby realistyczne walki na miecze, nowe skiny czy jeden wielki Knights of the Force. Pojawił się też nieoficjalny port na Androida.

 

 

Gra zapewnia nam rozrywkę na jakieś 30 godzin i muszę przyznać, że są to dobrze zainwestowane godziny. Nie miałem też wrażenia, że jest za krótka albo że zostawia jakiś niedosyt. Dostajemy dobrze opowiedzianą historię. W której oczywiście możemy wybrać czy staniemy po jasnej, czy po ciemniej stronie mocy.

 

Link do gry na platformie STEAM

Arkadiusz Orzeł

Arkadiusz Orzeł

Staram się aktywnie promować czytanie, granie w gry planszowe i ogólnie pojętą fantastykę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: