Star Wars: Eskadra Alfabet – Alexander Freed znowu w formie!

Minęło już trochę czasu, od kiedy czytałem „Kompanię Zmierzch” i „Łotr 1”, czyli dwie poprzednie książki Freeda, również umieszczone w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Dlatego, jak zabrałem się za „Eskadrę Alfabet”, to trochę zapomniałem, jak ten autor potrafi przynudzać… a jednak podobnie jak w przypadku „Kompanii”, od połowy książki tak mnie wciągnęła historia, że naprawdę ciężko było się oderwać. Dlatego też, z przyjemnością mogę teraz pisać dla was tę recenzję.

Co się dzieje w odległej galaktyce?

Imperium upada! Siły rebeliant… oj, przepraszam… Siły Nowej Republiki odnoszą coraz to nowe zwycięstwa! Trafiamy w czasy zaraz po szóstej filmowej części, czyli „Powrotu Jedi”, kiedy byliśmy świadkami śmierci Imperatora i ostatecznego złamania ducha Imperium!

Ale czy na pewno?

Imperator co prawda nie żyje, ale nie znaczy to, że zaraz cała militarna potęga grzecznie złoży broń. W szczególności „Skrzydło Cienia”, jeden z najgroźniejszych pułków myśliwców Imperium, który nawet po śmierci Palpatine’a, nadal pozostaje aktywny.

No a tak być nie może!

Dlatego też Caern Adan postanawia zebrać drużynę indywiduów i stworzyć całkowicie nową eskadrę Republiki, której zadaniem będzie właśnie wytropienie i zniszczenie zagrożenia, jakim jest Skrzydło Cienia. No a kto nadaje się do tego lepiej, jak nie była pilotka Imperium?

Poznajcie Yricę Quell!

Imperialną dezerterkę, która jako więzień Nowej Republiki, dostaje szansę na naprawienie swoich grzechów. Ma odnaleźć swoich dawnych przyjaciół i położyć finalnie kres ich działaniom. Łatwo nie będzie, ale nie musi tego robić sama. Bo tak się złożyło, że Caern Adan to chyba naoglądał się Avengersów i zupełnie jak Nick Fury, próbuje stworzyć swoją własną grupę uderzeniową. Więc Yrica Quell do pomocy dostanie Natha Tensent, dawnego pirata co służył po różnych stronach tej wojny, niemą i tajemniczą Karios, która przyznam wam szczerze, najbardziej podobała mi się w tej książce i też Wyla Larka oraz Chass na Chadic. Każdy z bohaterów jest tutaj inny, każdy ma swoja własną historię i powody, by dołączyć do Eskadry Alfabet oraz walki przeciwko Imperium. Nasza grupa to zgraja indywiduów, które nie do końca się ze sobą dogadują (dzięki czemu przyjemnie czyta się ich perypetie). Im dłużej czytałem „Eskadrę Alfabet”, tym bardziej gdzieś próbowałem ich porównywać do takiego „Suicide Squad”, z tą różnicą, że prawie wszyscy z członków eskadry, byli w niej dobrowolnie. Mimo to podobnie jak w „Suicide Squad” miałem wrażenie, że nasi bohaterowie zostają rzuceni do misji samobójczej i jak zginą, to zginą. Republika nie będzie za nimi płakać, bo praktycznie nikt nie wie o ich działaniach. No i to był dość duży plus, bo Alexander Freed pokazał obraz bardzo interesującej Nowej Republiki, która wcale taka idealna nie jest i też ma swoje brudy.

No a jak pisze Alexander Freed?

Z „Eskadrą Alfabet” miałem ten sam problem, co z „Kompanią Zmierzch”, mianowicie: obie książki zaczynają się mozolnie i dość nudno. Przy „Alfabecie” przez pierwsze sto (100!) stron, nie było zbytnio nic, co by mnie do tej książki przyciągnęło. Autor wprowadzał bohaterów, pokazywał jakieś bardziej lub mniej znaczące wydarzenia i dopiero kiedy zawiązała się grupa i zaczęły się ich wspólne wyloty, ja wciągnąłem się w ich historię. Caern Adan jest dupkiem, którego do tej pory nie trawię, Yrica Quell gdzieś tam jest ciekawa, ale jakby zginęła w połowie książki, to średnio bym się nią przejął, ale już Karios, Wyl, Nath i Chass są tutaj niezastąpieni. Szczególnie Nath i Chass, bo mam wrażenie, że ta dwójka dźwiga na barkach ciężar tej historii i tak naprawdę to oni najwięcej tam „cieszą” podczas czytania.

Jeśli miałbym jeszcze o czymś wspomnieć, to fakt, że Freed co jakiś czas dorzucał info o Łotrze 1, co było fajne i pokazywało połączenie tych historii; ale z drugiej strony było tego za dużo i Chass na Chadic chyba ze trzy razy w krótkim odstępie czasu wspomniała Jyn Erso. W pewnym momencie miałem takie „Wiem! Nie musisz mi po raz kolejny mówić, że ją spotkałaś, czytałem o tym godzinę temu!”. Nie wiem, czy autor w ten sposób chciał pokazać wpływ wydarzeń z „Łotra 1” na wydarzenia z „Eskadry Alfabet”, czy też chciał zachęcić czytelnika, żeby sięgnął po książkowego „Łotra 1”, którego też jest autorem; ale można było raz wspomnieć o Jyn i to by wystarczyło.

Wszystko zmieniło się pod koniec książki

Mimo że zaczynało się powoli, mimo że miałem jakieś tam uwagi do autora, to nie zmienia to faktu, że końcówka książki jest po prostu genialna! Wszystko wybucha, strzelają do siebie, zabijają, niebo płonie i chaos kompletny. Naprawdę, ostatnie wydarzenia w książce to jest takie hollywoodzkie kino akcji, gdzie wgniata widza/czytelnika w fotel. No, a potem, gdy już opadnie dym i myślisz, że to koniec, pojawia się ON! (i nie chodzi mi tutaj o Vadera 😉 ) I już wiesz, że drugi tom będzie równie dobry albo lepszy niż to, co właśnie kończysz czytać.

Zaczęło się powoli i średnio, ale Alexander Freed zadziałał swoją magią i skończyło się tak, że czytelnik zostaje pozostawiony z całą kłębowiną różnych myśli, nie może się doczekać, co zobaczy w drugim tomie. Za to, wielkie ukłony w stronę autora i cieszy mnie, że to właśnie on zabrał się za pisanie tej trylogii.

Książka dostępna na stronie Wydawnictwa Olesiejuk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

3 + 20 =

Magazyn Hipogryf
%d bloggers like this: