Próba Sił… Czytelniczych.

W małym sennym miasteczku Tensas zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy snują się po ulicach miasta, budząc w mieszkańcach to, co najgorsze. Złe moce sprawiają, że los rodziny Stephena i Kate splata się w dziwaczny węzeł, zaciskający się im na szyjach. Żeby uratować córkę, będą musieli zaufać obcym ludziom, inaczej… Coś się chyba stanie, nie wiem.

 

Wiem, że nic nie wiem

 

Naprawdę nie mam pojęcia co napisać o fabule. Jest porozrzucana, poszargana i właściwie to nie wiadomo, o co chodzi. Główny wątek jest tak przytłoczony przez poboczne, że ciężko dostrzec w nim jakiś sens. A te wątki właśnie są potrzebne jak biegunka – niby wiesz, że z jakiegoś powodu to się dzieje, ale w sumie interesuje Cię tylko to, żeby się już skończyło. Autor chyba z resztą też tak myślał, chciał jak najszybciej skończyć książkę, bo wygląda na to, że nawet nie czytał, co pisał. Bohaterowie się teleportują, raz są hotelu, raz w mieszkaniu, pobiją się w progu, po czym wstają w pufy… Styl pisania jest tak zły, że mimowolnie czytałam co drugie zdanie, a i tak co rusz natrafiałam na powtórzenia. Czemu, pytam, czemu ktoś dopuszcza do druku takie byki? To nie są drobne potknięcia, ale karambol na torze wyścigowym. Brak kontroli autora nad tekstem sprawił, że książka wygląda jak zlepek losowych, skołtunionych wydarzeń i wątków. Bohaterowie niby mają coś do powiedzenia o sobie, jakąś indywidualną przeszłość, ale zasadniczo można ich sklasyfikować jako bandzior, były bandzior i związany/a z bandziorem. Są do tego zupełnie nielogiczni, bo skrzywdzona przez mężczyznę prostytutka, na następny dzień po gwałcie wsiada do auta z zupełnie obcym facetem i jedzie z nim w nieznane, a potem, mimo że jest ciężko ranna, uprawia z nim seks na masce auta. W zimie. I która dziesięciolatka wpada w zachwyt, gdy poznaje takie słowo jak „odjazdowy”? Drogi autorze, posiedź 10 minut na placu zabaw, to poznasz wiele, wiele nowych słów, z czego użycie połowy z nich może skończyć się przypadkowym wezwaniem Szatana na Ziemię.

 

Dobry start i przejechanie twarzą po piasku na finiszu

 

Początek był w porządku jak zapowiedź czegoś dobrego. Migotka i pani Rose miały wielki potencjał, takie coś, z czym rzadko można spotkać się w literaturze. Szkoda tylko, że to wszystko diabli wzięli w drugiej części. Niepełnosprawna pani Rose, która jest chyba jedyną osobą niespokrewnioną z żadną mafią, a która przy okazji ma najciekawsze back story, z okna sypialni widzi również niepełnosprawną latarnię Migotkę – jej migotanie oznacza zbliżające się kłopoty. Szkoda tylko, że ten cały harrypotterowski cud techniki pojawia się w książce ledwie kilka razy i to jedynie jako wspomnienie albo odniesienie do położenia, a pani Rose szybko dostaje jakichś cudownych snów, które robią z niej Morfeusza książki. À propos… Nie każdy fan szeroko pojętej fantastyki to przegryw i piwniczniak. Rob, jedna z postaci, jest plastusiowatym koksikiem (tam wszyscy są koksikami i laskami) i dziewicą bez zarostu, bo… Lubi LOTRa i Gwiezdne Wojny. Jedna z bohaterek, ex-prostytutka Sam uważa, że Rob jest nieogarnięty i dziecinny, bo nosi koszulki z Wookiem, choć na własne oczy widziała, że dzielnie znosi wielką odpowiedzialność opiekowania się autystycznym bratem, chorą matką i ojcem alkoholikiem. Sorry, ale za takie paskudne słowa o fanach fantastyki, Sam nie ma wstępu do naszej bazy i musi sobie znaleźć inną piaskownicę. 

 

 

 

W pewnym momencie zauważyłam, że zamiast pisać jakąś sensowną recenzję, zaczęłam wyliczać błędy logiczne i gramatyczne oraz bezsensowność wątków, jednak o Próbie Sił ciężko napisać cokolwiek innego. Bohaterowie są wypruci z autentyczności, to puste lalki z dołączoną do opakowania historyjką drukowaną na tanim papierze. Dziecko zapada w śpiączkę, a ojciec próbuje podśmiechujkami rozładować atmosferę. Pod dom zajeżdżają obcy ludzie, dziecko i babka zachowują się jak po jakimś kosmicznym soczku, a facet pyta tylko o silnik w aucie. Troje uzbrojonych po zęby zbirów wbija im na chatę, a oni rozlewają po kielonku brandy i idą grzecznie spać. No co do…? Przecież oni zachowują się jak Simsy, przechodzą z jednego działania do drugiego, bez jakiejś refleksji, czy uczuć. Jacyś są dziwni, wyjmijcie im drabinkę z basenu.

 

Próba Sił ponad moje siły…

 

Dokończyłam tę książkę, tylko po to, żeby móc to napisać. Fabuła jest o niczym, to po prostu zbiór źle napisanych kanonicznych elementów horroru, który nijak nie trzyma się kupy. Nawiązania do Biblii są losowe i zupełnie wydarte z kontekstu książki, niektóre wątki dodane tylko po to, żeby brzmieć kontrowersyjnie, a wszystko to sklecone tak słabym językiem, że chciałam wziąć czerwony długopis i zacząć spełniać moje dziecięce marzenie o byciu nauczycielką. Kojarzycie taki paskudny twór z plasteliny, który powstaje, gdy doda się za dużo kolorów i cały ten ulepiec staje się szpetny i obleśnie miękki? No, to autor chciał stworzyć coś à la Miasteczko Salem, a wyszła mu właśnie taka ulepcowa Próba Sił.

PS. Ogarnięcie czym jest i jak działa kostka Rubika, nie świadczy o inteligencji, tylko o wiedzy z podstawówki. Ułożenie jej byłoby bardziej imponujące, ale na to nikt się nie pokusił.

PS 2. Ze strachu nie można dostać autyzmu, serio.

PS 3. A Struś Pędziwiatr (to jego imię!) nie gania się z kotem, tylko z kojotem, Wilusiem E. Kojotem, do kroćset!

 


 

 

Tytuł: Próba Sił
Autor: T.S. Tomson
Wydawca: Novae Res
Data premiery: 11-12-2019
Liczba stron: 378
ISBN: 978-83-8147-646-1

Nanaia

Nanaia

Meredith Brooks, w jednej ze swoich piosenek napisała kiedyś „I'm a little bit of everything, all rolled into one” - i ten cytat chyba najlepiej oddaje to, jaka jestem. Czytam, rysuję, piszę, strzelam z łuku i działam w grupie rekonstrukcyjnej... Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, na pewno będzie o czym pisać.

%d bloggers like this: