“Płonący Bóg” – zaskakujący finał historii Rin

W końcu! Historia Rin doczekała się finałowego tomu, zatytułowanego „Płonący Bóg”. Po mocno średnim drugim tomie, nie miałam wielkich oczekiwań co do tomu trzeciego. A jednak… Jednak Rebecca F. Kuang znowu pokazała, na co ją stać, i przeniosła mnie do okaleczonego wojną domową Nikanu.

„Płonący Bóg” to książka, która trzyma w napięciu, wciąga jak ruchome piaski, przeraża, zachwyca i zapiera dech w piersiach. Praktycznie od samego początku autorka porywa czytelnika w wir wydarzeń, angażuje go i zaskakuje. Trzecia część historii Rin jest bardzo gorzka, to prawda, ale przy tym bardzo realna i napisana z wyczuciem. Nie ma w niej głupiego okrucieństwa, przez jej karty nie przelewają się hektolitry efektownej krwi, nie ma prostackiego humoru i płaskiego przedstawienia konfliktu zbrojnego. Jest świat, w którym sukces smakuje bardzo cierpko, a porażki są czymś naturalnym. Świat, w którym ludzie umierają z głodu, od wychłodzenia czy ran, którzy tracą nadzieję, domy i poczucie jakiegokolwiek bezpieczeństwa.

I w tym wszystkim jest Rin

Rin to bardzo specyficzna główna bohaterka. Pamiętam, że w pierwszych połowach pierwszego i drugiego tomu tak działała mi na nerwy swoją głupotą i idiotycznymi decyzjami, że miałam ochotę porzucić śledzenie jej losów. Zawsze jednak w końcówce się rehabilitowała, co sprawiało że z niecierpliwością czekałam na „Płonącego Boga”. Rin w trzeciej, ostatniej już części, nie działa na nerwy. Jest dojrzała, choć wciąż porywcza, mądra, choć zdarza jej się działać pod wpływem impulsu, litościwa, choć bywa okrutna. Jest kobietą, która wyrosła z bycia i sierotą wojenną, i studentką oficerskiej akademii. Kobietą świadomą swoich ułomności, która wraz z Feniksem uosabia wolę zemsty za krzywdy, których doznał jej kraj. Boryka się z dotąd jej nieznanymi problemami, z którymi raz radzi sobie lepiej, raz gorzej, ale jakoś radzi. Szczerze ją polubiłam, przywiązałam się do niej, byłam w jej teamie. Nie jest ona jednak typowym bohaterem powieści fantasy, które już znamy. Ona nie ratuje światów, ona je niszczy. I właśnie za to tak cenię tę powieść.

Za to, że wymknęła się schematom. Że wciąż na nowo mnie zaskakiwała, wprawiała w osłupienie. Że bohaterowie nie byli tak jasno i twardo określeni. Mam wrażenie, że Rebecca F. Kuang otworzyła nowy rozdział w literaturze fantasy. Stworzyła piekielnie dobrą opowieść, w której nie ma walki dobra ze złem, bo nigdy nie wiadomo, co w ostatecznym rozrachunku okaże się dobre, a co złe, i kiedy ten ostateczny rozrachunek nastąpi, o ile w ogóle. Świat dobitnie realistyczny, w świetny sposób ukazujący okropieństwa wojny, który zawsze jednak balansuje na granicy tego, czym jest według samej Rin: snu Bogów.

Całą Trylogię Wojen Makowych polecam absolutnie wszystkim, a trzeci tom chyba podobał mi się najbardziej. Dawno już żadna książka nie wciągnęła mnie do tego stopnia, że myślałam o niej i przed zaśnięciem, i zaraz po przebudzeniu, a w pracy nie mogłam się doczekać powrotu do domu, bo tak bardzo chciałam wiedzieć, co dalej.

Dziękuję Rebecce F. Kuang, że przypomniała mi, jak to jest. Dziękuję za tę wspaniale napisaną opowieść.


Będę tęsknić za Rin.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

17 − 7 =

Magazyn Hipogryf