Pieśni umarłego marzyciela – Czy to horror? Czy to fantastyka? Nie, to weird fiction!

Pieśni umarłego marzyciela to zbiór osobliwych opowiadań o wspólnym mianowniku – snach. Każde z nich mówi inaczej i w innym kontekście o marzeniach sennych (no tak, angielskie dream daje znacznie szersze pole do popisu). Niektóre są moralizatorskie jak bajki, inne mroczne jak horrory, a jeszcze inne wciągające jak fantastyczna przygodówka – wszystko to okraszone grubą warstwą groteski i absurdu. Ten przepyszny zestaw, jaki nam podaje Ligotti, choć momentami ciężkostrawny, to wyjątkowy w każdym calu.

 

Love Ligotti’s craft.

 

Nie trzeba się przyglądać, żeby widzieć, kim inspirował się autor Pieśni. Lovecraftowska bezdenna nikczemność kosmosu przebija się spomiędzy białych stron jak plama na honorze świętej planety Ziemia. Gdyby na okładce nie było nazwiska autora, w ślepo strzelałabym, że to jakieś współczesne wcielenie Howarda. Co prawda przeniesiona do współczesności groza dwudziestowiecznego pisarza tarci nieco na „straszności”, ale nie na jakości. Ligotti w to miejsce dokłada solidną dawkę makabreski i dziwności. Autor skupia się na mieście, jako na miejscu, plamce we wszechświecie, które chłonie jak gąbka całą esencję kosmosu. Gargantuizm horroru Lovecrafta tutaj upchnięty jest w ciasnych uliczkach, klaustrofobicznych budynkach i prowadzących donikąd schodach. Chodzące po nich postaci noszą maski, pod którymi ich odrażające oblicza są jednocześnie ukryte i wyeksponowane. Trochę jak intencje autora…

 

 

Ludzie nazywają coś nieskończonym, tylko dlatego, że są zbyt mali, by pojąć jego ogrom. W prozie Ligottiego, jak u Lovecrafta, maleńki człowiek jest świadom swojej beznadziei, ale także obecności bytów, dla których nieskończoność jest jedynie momentem między wdechem a wydechem. Wkraczając w krainę snów, dziedzinę tych niedostępnych bogów, bohaterowie Pieśni są wystawieni na niepojęte dla nich moce, którym ulec to jednocześnie spełnić marzenia i ucieleśnić koszmary.

Pan T., w odróżnieniu od pana H., poświęca znacznie więcej czasu na psychikę postaci, o których pisze. Stąd w zwyczajową grozę mamy wplecione emocje, rozterki, a nawet miłość, troskę i czułość. To, co uczłowiecza bohaterów Pieśni, dodaje książce pierwiastka realizmu, a co za tym idzie, potężną dawkę dreszczy na karku.

 

Sny – najstarszy gatunek literacki.

 

Kilkanaście opowiadań zawartych w Pieśni umarłego marzyciela to zbiór grozy żywcem wydartej z piersi klasycznej literatury, ale przedstawiony w bardzo współczesny i przystępny sposób. Zamiast hektolitrów krwi i flaków, Ligotti budzi ciarki nihilistycznym przedstawieniem świata. Beznadzieja i świadomość bezcelowości są pokazane za każdym razem z innej perspektywy – sklepikarza, pisarki, malarza, i tak dalej, pokazując przy tym, że te historie mogły spotkać każdego, a wyjątkowość tych postaci jest kwestią ślepego przypadku. Historie skryte za okładką Pieśni są bardzo różne, ale przy okazji bardzo równe, jak dzieci innych ojców, wychowane przez jedną, kosmiczną matkę. Piękny, poetycki język w połączeniu z jakże pesymistyczną fabułą, brzmi jak requiem dla każdego opowiadania. Oczywiście niektórzy pewnie uznają to za wadę, ale fani klasyków powinni się zakochać w wyniosłym, kunsztownym tonie Ligottiego.

 

 

Na pohybel rzeczywistości!

 

Erudycja autora przejawia się niemal na każdej kartce książki. Ligotti z wielką gracją chodzi po utartych ścieżkach horroru, zostawiając za sobą ślad, po którym niewielu będzie w stanie podążyć. I nadążyć – nie ma co ukrywać, książka do najłatwiejszych nie należy (sama nieraz musiałam googlować niektóre pojęcia, żeby zrozumieć, co autor miał na myśli!). Tego typu literatura jest bezkompromisowa: albo się ją kocha, albo nienawidzi. Nie pozwala się przeczytać szybko, nie pozostawia miejsca na obojętność i długo jeszcze kołacze się po głowie czytelnika. Nie ważne czy pozytywne, czy negatywne, ale na pewno budzi emocje.

Thomas Ligotti jest piekielnie utalentowanym erudytą, artystą, który znalazł swój Eden w samym środku chaosu. Wymaga od czytelnika i wiedzy i skupienia, a za chwilę roztargnienia karze z pełną surowością. Jednak nagradza szczodrze, bo swoją krwawicą, serwując nam groteskę najwyższej klasy. Jeśli kiedyś spoglądając w niebo i obserwując niezliczone hordy gwiazd, zastanawiałeś się, co tam jest, Ligotti pokaże Ci, że niewiedza jest błogosławieństwem.

 

PS. Autor w książce dorzuca kilka cennych rad jak pisać grozę! Teraz nic, tylko brać się za drugą stronę tego rzemiosła!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Hipogryf.pl