Opowiadanie: Wojna z diabłem

Opowiadanie: Wojna z diabłem

Autor: Oskar Barański

Opowiadanie wyróżnione w konkursie na blogu Hipogryf.pl

Wszechobecne, siarczyste płomienie podrygują nienawistnie. Gorące powietrze zanosi się od pełnych bólu rozpaczliwych jęków. Chichot demonów skrytych w cieniu roznosi się głuchym echem po niezmierzonej przestrzeni. Rozżarzone węgle przypiekają nieustannie nagą skórę. Zwęglona tkanka skwierczy. Dym wydobywa się z niej, unosi wirując. Blednie, a następnie rozpływa bez śladu. Zarumienione ciało sztywno siedzi na gorących węglach. Tułów unosi się nieregularnie w ciężkich oddechach. Szaleńcze uderzenia serca wyłaniają się na klatce piersiowej. Rozbrzmiewają w rozpaczliwej kanonadzie. Błagają o chwilę wytchnienia. Bezskutecznie. Skurcze krtani ściskają ją co kilkanaście sekund, przepuszczając przez szyję pełną lęku gulę śliny. Na twarzy nie widać emocji. Nienaturalnie blada w porównaniu do reszty ciała, pogrążona w zupełnym bezruchu. Niby rzeźba niewypowiedzianej męki. Oczy zalane mroczną, niezmierzoną pustką. Wymarłe, nieobecne. Wpatrują się tępo w postać przed sobą. Krwistego, humanoidalnego stwora. Okropnie wychudzone ciało objawia śnieżnobiałe kości skryte pod cienką skórą. Czarne skrzydła wyrastają z pleców, niby spróchniałe, zimowe drzewa. Ręce, niby powykrzywiane gałęzie o piekielnie ostrych końcach dzierżą w dłoniach talię kart. Rytmicznie podskakują, tasując ją. Przy każdym upadku wydają ciężki odgłos, niczym cięcia noża. Pokryta tłustym gąszczem włosów twarz zakrywa psychodeliczne oblicze. Spomiędzy ociekających serpentyn dostrzec można paranoicznie wlepione w talię ślepia wypełnione iskrami. Usta pod osmoloną brodą rozdziawione szeroko pełne są ostrych zębisk. Pochłonięty w czynności traci poczucie czasu. Już wystarczy. Rozkłada plik kart w dwa stosy. Jeden po stronie mężczyzny, drugi po stronie szatańskiego wcielenia. Ciało mężczyzny oplata lęk. Próbując się uspokoić, bierze głęboki oddech. Nozdrza wtem świdrowane są przez intensywny swąd spalenizny. Kurz błogo tańczący w powietrzu wpada do środka, uniemożliwiając na moment oddychanie. Oczy jęły łzawić od fetoru. Zagubiona łza przejechała po policzku, drążąc wilgotną ścieżkę. Upadając na rozgrzany grunt, momentalnie wyparowała, zwieńczając swój żywot żałosnym ulatniającym syknięciem.
Karty rozdano. Diabeł miał ich całe mnóstwo, podczas gdy mężczyzna zaledwie trzy. Ukryte pod wiśniowym grzbietem. Twarze skryte mają w lichych dłoniach. Pozostają niewiadome do momentu rozpoczęcia gry. Szatan zdziera brutalnie z wierzchu jedną z kart i rzuca na gorący grunt. Karta syczy w mękach. Szóstka kier.
Ze stosu mężczyzny ujawnia się dama serce. Jej twarz pogrążona jest współczuciu, oczy szklą się empatycznie. Złoty diadem okrążający jedwabiste włosy mógłby być aureolą. Kobieta wielkoduszna, niczym anioł. Kręci w powietrzu majestatyczne piruety, po czym upada na ziemię, zwieńczając lot.
Wygrana mężczyzny.
Zbiera obydwie karty w garść. Pierwsze zwycięstwo maluje małą ulgę na jego twarzy. Diabeł jednak nie okazuje przejęcia.
Wciąż szatańsko się uśmiecha.
Kolejna runda.
Mężczyzna oblewa irracjonalnie zimny pot. Całkowicie spięty podnosi kartę ze swego niedużego zbioru. Odwracając, przymyka oczy ze strachu. Patrzy na ilustrację.
Widnieje na niej król w lśniącej koronie. Wzrok jego pełen jest mądrości i niewypowiedzianej dumy. Niemej miłości i przyjaźni. Mężczyzna wzdycha z ulgą. Król szybuje w przestworza i opada z hukiem na rozżarzony węgiel. Szpony diabła oddają na pole bitwy drugiego króla. Szyderczą karykaturę. Sobowtóra. Spotkanie to oznacza wojnę. Twarzą do króla zostaje zwrócona dama, a na górę stosu trafia szóstka kier. Po przeciwnej stronie objawił się kolejny, krwisty król.
Los zadecydował.
Szatan zebrał żniwa.
Mężczyźnie ostał się jedynie nieszczęsny as serce.
Od tej chwili musiał położyć wszelkie nadzieje w jednym, prędko bijącym sercu na białej karcie. Rzucił ją bezwładnie na grunt. Po chwili udało mu się wygrać po raz kolejny. Diabeł oddał waleta. Po tej rundzie następuje seria wygranych dużych i małych ze strony mężczyzny, który zaczął czuć się coraz bardziej pewnie. Liczył na ujrzenie przerażenia ze strony szatana, ten jednak jedynie szaleńczo się uśmiechał. Oczy miał puste niczym judaszowe srebrniki.
Wygrał wiele kart. Jego stos zaczął się piętrzyć i rozrastać. To napawało mężczyznę satysfakcją. Która jednak szybko prysła wraz z kolejnymi rundami. Nie zdążył jeszcze odpowiednio przyjąć hojnego daru od losu, a ten już odebrał mu swoją należność i pozostawił ubogiego. Los począł kręcić się w powietrzu niczym złota moneta, zasypując bogactwem raz jednego, raz drugiego gracza. W piekielnej grze doszło teraz do serii wojen.
Zaciętych, potężnych i jak gdyby nieskończonych. Po zakończeniu ich pozostały po jednej stronie jedynie zgliszcza, zaś po drugiej bogactwo. O dziwo to szatan został bez kart. Jego twarz jednak nie stępiła uśmiechu. Zachichotał jedynie głośno, a następnie rozpłynął się niczym we mgle. Demony jęły chichotać przeraźliwie. Ogień zaprószył się i rozbłysnął oślepiająco. Rozżarzone węgle pod skórą zaczęły niemal topić ciało. Skóra mężczyzny oblała się krwistą czerwienią. Z pleców wyrwały się skrzydła. Głowa szaleńczo zaczęła porastać długim, czarnym włosiem. Mężczyzna jęczał chwilę z bólu. Nie potrwało to jednak zbyt długo, bo zaraz jego twarz stłumił szpiczasty uśmiech. Ślepia wygasły całkowicie. Po chwili przyszedł do niego ludzki chłopiec. Całkowicie przerażony. Mężczyzna nie odezwał się słowem. Skryty za maską szczęśliwego wyrazu jął tasować karty.
Czas zagrać w wojnę.