Opowiadanie: Uśmiech księżyca

Autorka: Patrycja Jędrzejczyk

Opowiadanie wyróżnione w konkursie na blogu Hipogryf.pl

Krople deszczu spływały po policzkach Bena i moczyły grzywkę. Mieszały się ze łzami i szlochem, który wtapiał się w grzmoty. Seth słyszał, jak głośno biło mu serce. Przytulał małą główkę do klatki piersiowej i czuł rączki zaciskające się na jego bluzie. Gorące czoło chłopca przylepiło się do szyi demona. Miał gorączkę. Siły starczało już tylko na bezdźwięczny płacz, licząc, że to pomoże przenieść ich nagle do domu.
Wiatr świstał gałęziami. Huczało. Dwulatek widział, jak drzewo upadło z głuchym hukiem i przez to szum stawał się coraz głośniejszy. Myślał jednak tylko o drzewie. Spadło i teraz huczało.
W jego oczach zostało nowym potworem. Czuł, jak strach zapadał go w ramionach Setha. Obijał się o kościste barki przy każdym kroku.
— Nie jestem zły, nie jestem zły, nie jestem… — powtarzał Seth, łapiąc hausty powietrza. — nie jestem zły. Uratuję cię.
I choć bardzo chciał przekonać chłopca, ciężko było zmusić do tego samego siebie. Prawie tak samo uciążliwie wyciągał z błota buty, ciągnąć za sznurówki, by tylko nie ugrząźć w ruchomych piaskach. Woda sięgała łydek i doganiała ich wzburzonym nurtem. Seth desperacko próbował oddalić się od drzew i w tym samym czasie nie zanurzyć się głębiej. Szedł więc środkiem, między pułapką utonięcia a porażeniem piorunem. Między młotem a kowadłem zapadał się w błotniste mokradła. Przytrzymywał Bena jak najmocniej, chwilami bojąc się, że go udusi. Chłopiec wydawał z siebie ciche piski, zdławione jęki zagłuszane przez materiał. Wciskał się w zagłębienia w szyi i zaczął podszczypywać skórę swojego opiekuna.
Seth odetchnął z ulgą. Co jakiś czas szeptał słowa pocieszenia do jego ucha, czując przy tym drżenie policzków i urwany oddech. Przynajmniej wiedział, że trzymał jeszcze żywe dziecko. I nie uprzedził fal ani błyskawic, dusząc go we własnych ramionach. Cieszył się, że chłopiec wiercił się i chował, ułatwiając mu zadanie.
Demon oglądał się za siebie, wzdrygał, gdy woda bryzgała w twarz. Smakował sól na języku, przecierając jej krople w oczach. Wiatr bił policzki tak samo, jak wtedy na statku. Myślał, że dopłyną do portu przed zachodem słońca. Teraz patrzył na niego z oddali, gdy tonął, a granatowe płomienie połykały go w całości. Przypominał sobie też ich ostatni wieczór. Dla niego, pierwszy, kiedy nie musiał tułać się po preriach i spocząwszy w kajucie, popijał sok pomarańczowy. Pamiętał Bena, siedzącego na dywanie obok. Chłopiec kreślił wzory po wypukłym śladzie i wymieszanych kolorach. Chichotał, gdy dochodził do końca.
— Kiedyś byłem bardzo… — Seth w międzyczasie opowiadał mu, a raczej próbował nakreślić sytuację. Nie wiedział dokładnie, czy dwulatek w pełni zrozumie te słowa, ale czuł się zbyt samotny, by tkwić w ciszy. Zdesperowany, żeby ktokolwiek wysłuchał jego historię w całości.
Chciał, aby chłopiec mu wybaczył.
— Fujka?
Ben spojrzał na niego dużymi, zielonymi oczami i na chwilę przestał się ruszać. Wzrok, który jako jedyny potrafił obdarzyć go czymś innym niż pogardą. A jednoczesna niewinność wbiła demona w koję.
Uśmiechnął się.
— Byłem fujka, masz rację. Chciałem zrobić coś bardzo złego, zabrać cię od twojego braciszka i Arthisa, naszego aniołka — głos powoli łamał się przy imieniu ukochanego. — Ale tak naprawdę zawsze chciałem tylko miłości. Chciałem mieć jakąkolwiek wartość, być kochany… ale oni nie zaakceptowali tego, że już nie chcę być fujka. Chcieli… zrobić nam krzywdę, dlatego musieliśmy uciekać.
Chłopiec co jakiś czas spoglądał na Setha, ale nie pokazywał po sobie żadnych oznak smutku. Zawsze był cichy. Demon miał jednak nadzieję, że słuchał i na swój sposób przetwarzał to, co mówił.
Nie czuł, że mówił całą prawdę.
— Za kilka godzin będziemy w domu z Jimem i Arthisem. Będziemy razem jak rodzina. — Wzdrygnął się, gdy jego oczy zwilgotniały. Bolesna gula stawała mu w gardle na wspomnienie rys twarzy Arthisa i dotyku miękkich, jedwabnych skrzydeł. Czuł na nosie łaskoczące piórko, którym zwykł go drażnić. Nigdy nie sądził, że był zdolny do płaczu.
Ani miłości.
Ben wpatrywał się w Setha z lekkim uśmiechem. Wyglądał, jak gdyby zaraz miał się zerwać i uwiesić na szyi. Demon pomimo bezgranicznej miłości, jaką zdążył go obdarzyć, wciąż nie do końca potrafił rozgryźć, co chodziło temu maluchowi po głowie. Nie liczył na coś spektakularnego. Wystarczyła mu tylko obecność dziecka. To, że odwzajemniał uczucia i traktował jak swojego.
— Jim? — Podparł się rączkami o dywan i wygramolił do pozycji stojącej. Jak na dwulatka jeszcze się chybotał, ale szybko złapał równowagę i podbiegł do Setha.
— Tęsknisz za nim? — Chwycił go pod pachami i ułożył na kolanach. Buzia rozpromieniła się w łagodnym wyrazie, kiedy wtulił się w jego bluzę. — Ja też, ja też.
Seth zaczął utulać go przed drzemką, a obiecał, że jak się obudzi, powita stały ląd i prostą drogę do domu.
Wtedy wszystko potoczyło się bardzo szybko. Statkiem nagle wstrząsnęło, podłoga zamieniła się w ruchomy stos desek i kołysała kajutą. Demon myślał, że to chwilowe i tylko uspokoił Bena. Im dłużej przyciskał go do siebie, tym bardziej czuł, jak wstrząsy drżały całym jego ciałem. Wodne turbulencje nie przestawały i nabierały na sile. Do ostatniego momentu nie potrafił się poruszyć. Impulsu dodała mu koja, przeleciała z hukiem na drugą stronę i dobiła w ścianę. Zatrząsł się sufit. Seth wyskoczył jak oparzony, chwiał się, na co chwila spychającym go podłożu, lecz sprawnie chwycił plecak. Wspiął się po schodach na pokład. Słyszał szum fal i wiatru bijącego w żagle. Chłostał wszystko odgłosami równymi piorunom.
Sekundę później dobiegły go krzyki i nawoływania. Widział ludzi i ich nieudolne próby ucieczki. Spokojne, lecz granatowe niebo nijak miało się do chaosu pomiędzy kominem a nadbudówką. Ludzie zbierali się tam, szukając pomocy, co niektórzy nieświadomie kryjąc się w kajutach. Lecieli jednak niczym śmieci wprost na rufę, gdzie tylko skrzynie powstrzymywały bezwładne ciała przed skończeniem za burtą. Seth przytrzymywał się barierki, drugą dłonią podtrzymując za wszelką cenę Bena. Obserwował matki z dziećmi w podobnych pozycjach. Trzymały przy piersi niemowlaki, niosąc w oczach nadzieję, że pośrodku pustki nadejdzie pomoc.
Wiatr hulał rzeczami, które tłukły okna w mostku. Mężczyzna leżał bez ruchu na środku, ręce innego naciskały na jego klatkę piersiową. Trwała reanimacja, mimo że rozbita głowa była już tylko szczątkami zalanymi krwią. Krwawiło również koło sterowe, teraz nieruchome jak kapitan.
Ben nadal nie śmiał nawet pisnąć ani podnieść głowy. Drżał w zupełnej ciszy, jak gdyby wiedział, że po burzy zawsze wychodziło słońce i obecna sytuacja była chwilowa, jak zapewniał Seth. Lecz demon nigdy nie był w stanie dotrzymać żadnej z obietnic, nie mógł też potwierdzić nieomylności Arthisa w jego filozoficznych przesłaniach. Wyobrażał sobie ciemność, na jaką patrzył chłopiec przez zaciśnięte oczy. Tkwił w niej cierpliwie i czekał, aż Seth pogłaszcze go po plecach. Ciemność, która odbijała los chłopca.
Bo na pokładzie naprawdę zrobiło się ciemno.
Gorzkie uczucie ścisnęło żołądkiem Setha. Mięśnie drżały na myśl, że mały człowiek, którego dzierżył przy sobie, był jedynym kluczem. Myśli te szalały po jego umyśle jak tornado, sprawiając, że przyciskał Bena jeszcze mocniej. Chcąc zarazem chronić go przed utonięciem i przed samym sobą. Zabicie jednego z pierwszych urodzonych bliźniąt w nowym roku pozwoliłoby mu aktywować prawdziwe moce demona. Pozwoliłoby uratować pozostałych ludzi i dopłynąć do Arthisa jeszcze dziś tym samym okrętem.
Gdyby to zrobił, uśmierciłby jednak nie tylko chłopca. Dusza Setha zamieniłaby się w taki sam wrak, którym zaraz miała stać się ich jedyna nadzieja na powrót do domu.

Burza rozpętała się niedługo po zatonięciu. Zastąpiła krzyki i przypominała o tragedii, wpędzając demona w głębsze bagno niż to, z jakiego próbował się wydostać. Wyrzuty sumienia. Te z kolei walczyły z jego moralnością. Wiedział, że nigdy nie zabiłby Bena. Ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie mógł udawać, że echo powinności nie istniało. I, że wcale nie rozchodziło się po głowie, bijąc się na śmierć i życie z miłością do chłopca.
Z lojalnością do Arthisa. Z przysięgą, że nigdy nie skrzywdzą bliźniąt.
Deszcz huczał wraz z obalonym drzewem. Seth ściskał i chował przed nim swoją kruchą istotkę, choć nawet to nie powstrzymało Strażnika. Mroczna materia strzegąca pierwotnej tradycji ofiary za moc, zmaterializowała się wśród zarośli.
Demon upewnił się, że Ben wciąż oddychał i znów wtulił go w szyję, chcąc zasłonić mu uszy. By nie słyszał już żadnych podważań o wartości swojego życia.
— To twoja wina — rozległ się głos. Zniekształcony przez deszcz, jak gdyby mówił prosto z głębin. — Mógłbyś osiągnąć wszystko, czego pragniesz. Mógłbyś być kimś, gdybyś tylko skrócił to życie.
Miał rację. Bezpłciowa twarz patrzyła na niego równie obojętnie, samą postacią przypominając, jak próbował wstrzyknąć Benowi truciznę, kiedy miał dwa miesiące. Jak razem z Arthisem początkowo przymierzali się do skręcenia karku obu chłopcom, później utopienia. Próbowali, bo tak trzeba było. Taka była tradycja, jedyny sposób na pozyskanie mocy anioła i demona.
Ale Seth i Arthis nie przewidzieli, że mieli więcej wspólnego niż tylko ofiary do złożenia. Zakochali się w sobie. Zaczęli walczyć o życie bliźniąt, by stworzyć rodzinę, w której nigdy nie byłoby im dane żyć.
— Zabij, zanim to zabije ciebie. — Palec wskazał na chłopca, lecz mógłby też wbić się w klatkę piersiową i sięgnąć do serca demona.
Istniała moc teleportacji. Pamiętał podróże ze swoją matką. Mówiła, że kiedyś będzie mógł przemieścić się na koniec świata i wrócić jeszcze w tej samej sekundzie.
Dłoń wypełniła się twardą rękojeścią. Strażnik podrzucił mu nawet narzędzie.
Seth chwycił za sztylet.

֍

Jim opierał się o poduszkę i otulał kocykiem, przyciskając szary puszek do buzi. Wodził wzrokiem po skrzydłach Arthisa. Ostatnie pióra sięgały podłogi i opadały rozluźnione. Anioł rozglądał się za odpowiednią książką, choć wszystkie przewałkowali już tysiąc razy. Żadna pozycja nie wydawała się odpowiednia na dzisiejszy wieczór. Pragnął opowiedzieć sześciolatkowi coś wyjątkowego. Coś, o czym miał prawo wiedzieć.
Nie miał pewności, czy dobrze ubrałby to w słowa. Nie mógł przelewać na dziecko swojego żalu, cierpienia, które zabijało go od środka przez ostatnie lata. Nie mógł się przyznać, że każde spojrzenie na uśmiechniętego chłopca wbijało nóż w jego serce i przypominało o ukochanym. I o drugim takim małym łobuzie, z jakim Jim nie zdążył dobrze się poznać.

Nie potrafił też kłamać w nieskończoność. Maluch wiedział, że gdzieś tam kiedyś miał brata, jednak przeszłość była zamglona. Arthis zbytnio się nie dziwił, skoro tak często w tamtym czasie upadał na głowę.
Odwrócił się w stronę Jima i posłał mu uśmiech. Oczy chłopca jaśniały nadzieją, ale zaczynały się kleić i spoglądać na okno. Noc nie była ani ciemna, ani straszna, gdy księżyc układał się w jego ulubiony rogalik. A może nawet uśmiech, kiedy gwiazdy tańczyły wokół niego, dodając prawdziwych oczu i nosa. Biaława poświata wpadała przez niezasłonięte szyby.
— Co on robi? — odezwał się chłopiec. Małe iskierki odbijały mu się w źrenicach, a dodatkowe światło nocnej lampki rozjaśniało włosy.
Arthis spojrzał na księżyc. Na potężne ciało niebieskie przebijające się do pokoju, jak gdyby było tuż za oknem.
— Znowu się uśmiecha?
Jim zachichotał. Anioł rozciągnął szerzej usta, nie zauważając, jak bardzo ten ruch był naturalny.
— Wygląda, jak ty. Uśmiechasz się, jak księżyc!
Arthis przekrzywił głowę i uformował wargi w rogalik. Niestety nieudolnie, bo wyszedł z tego tylko dziwaczny grymas. Jim nie mógł przestać się śmiać, natychmiast prosząc go o tamtą mimikę. Jego prawdziwy uśmiech był tym najbardziej księżycowym.
W końcu usiadł obok niego na łóżku i oparł głowę o ścianę. Niewielkie posłanie i cienki materac zaczynał uwierać zbyt duże ciało, nawet gdy schował skrzydła. Jim co wieczór układał własne legowisko i komponował koce na fortecę. Zawsze mówił, że tak czuł się najbezpieczniej, zwłaszcza kiedy anioł pozwalał spać mu na skrzydle.
Poczochrał włosy chłopca.
— Wiesz, co kryje się za księżycem?
Jim pokręcił głową. Zmrużył oczy i położył palec na brodzie.
— Drugi księżyc? Jego braciszek? Albo siostrzyczka?
Do głowy anioła wpadł pewien pomysł. Idealny, by wykorzystać go na dzisiejszą opowieść.
— Być może — zaśmiał się. Serce drgnęło i zdławił w sobie gorycz, by Jim nie wyczuł zmiany w głosie. — Opowiem ci historię, która zdarzyła się naprawdę. Chcesz?
Uwielbiał, jak krzyczał podekscytowany i jak z zapartym tchem przysłuchiwał się jego czasem skrajnie abstrakcyjnym opowiastkom. Miał tylko nadzieję, że tym razem skończy się jak zwykle. Dobrym zakończeniem i spokojnym snem, choć bardzo dobrze wiedział, że w bajkach opartych na faktach nigdy nie było szczęśliwego zakończenia.
— Dawno, dawno temu, pośród lasów i jezior w krainie dwóch ras nastał nowy rok…
— Jakich ras? — przerwał Jim, a Arthis prawie zapomniał, że chłopiec nigdy nie był cierpliwy i chciał znać genezę każdej opisywanej części historii. Wiercił się już, energia nagle naładowała się tuż po wyczerpaniu.
Anioł westchnął i przyłożył palec do ust.
— Wszystko w swoim czasie — kontynuował. — Więc nastał nowy rok dla aniołów i… demonów.
Poczuł, jak powietrze stawało się cięższe. Nie sądził, że samo wymówienie tej rasy będzie kosztowało go tyle nakładów spokoju. Mimo że minęły cztery lata od tragedii, rana wciąż pulsowała i piekła. Krwawiła, kiedy znów się o nią otarł.
— Niedługo potem urodzili się dwaj chłopcy, bliźniaki.
Arthis uśmiechnął się mimowolnie, lecz chciał przygryźć wargę. Jimowi rozbłysły oczy, duże zielone koraliki patrzyły na niego jak na jedyną istotę na świecie.
Ciepło rozlało się w sercu anioła.
Potrząsnął głową, by więcej nie przedłużać i zaczął myśleć nad rozwinięciem, zostawiając zakończenie na później. Wolał, by wyszło samo. Najlepiej bez jego udziału.
— W tym samym czasie był sobie taki jeden anioł i demon w podobnym wieku. Dostali pod opiekę po jednym z chłopców, ale wkrótce okazało się, że musieli stanąć przed niezwykle okropnym wyborem. Starożytna tradycja nakazywała poświęcić pierwsze rodzeństwo, które urodzi się w nowym roku w zamian na supermoce anioła i demona.
Jim nabrał powietrza i na chwilę wstrzymał oddech. Arthis przez sekundę chciał wszystko odkręcić, żeby uniknąć tematu śmierci, jednak przyszły mu na myśl te dziesiątki książek dla dzieci, mających go w głównych wątkach. Chłopiec zazwyczaj nie przejmował się przemijaniem życia czy nawet morderstwami, jeśli były delikatnie ujęte.
To anioł bał się mówić o śmierci.
— Gdzie w tej historii księżyc? — zdziwił się Jim, wywołując u opiekuna nagły śmiech.
— Wszystko w swoim czasie, pamiętaj. Czasami niektóre rzeczy są ukryte. A czasami coś zależy od twojej własnej interpretacji.
— Co to interpretacja?
Arthis westchnął. Znów się zaczyna, pomyślał.
— Sposób, w jaki odbierasz historię. Przypisujesz jej własne znaczenie. Na przykład możesz wymyślić sobie, jak się skończyła, czy co było między jednym zdarzeniem a drugim.
Chłopiec pokiwał głową z lekkim uśmiechem. Anioł znał ten wyraz twarzy.
— To znaczy, że mogę sobie wymyślić, że anioł i demon też byli rodzeństwem?
Tym razem powstrzymał skrzywienie i chichot, nie chcąc zdradzić pobocznych emocji. Arthis odrzucił myśl bycia bratem Setha, kiedy przywołał w pamięci jego miękkie usta na swoich. Był zaskoczony, że demony potrafiły być takie subtelne.
— Tak, tak. — Czerwień zabarwiła bladą cerę. — Więc jeśli pozwolisz mi kontynuować… Na początku anioł i demon chcieli pozyskać moce, próbowali rozstać się z chłopcami. Wkrótce jednak zobaczyli w nich coś więcej niż tylko przepustkę do nagrody. Postanowili się nimi zaopiekować, a potem stali się nierozłączni. Jak rodzina.
— Jak ty i ja? — zapytał Jim.
— Dokładnie tak. — Uśmiech nie schodził z twarzy anioła. Nie było tak źle, jak wydawało mu się na początku. — Ale pozostali tego nie zaakceptowali. Tego, że postąpili niezgodnie z tradycją. Musieliś… przyjaciele musieli uciekać. Lecz po drugiej stronie świata czekało na nich lepsze życie. Wyruszyli w drogę i, żeby było bezpieczniej, rozdzielili się. Wtedy widzieli się po raz ostatni.
Arthis posmutniał i Jim nagle się ożywił.
— Co się stało? — zapytał znów, z rezerwą, jak gdyby obawiał się, że złe zakończenie zbliżało się wielkimi krokami.
Anioł nie miał do zaoferowania żadnego radosnego szczegółu, przez co skrzywił się nieznacznie.
— Wiesz, Jim, tę opowieść przytoczyły mi demony, które znały tamtego. Wtedy też jeden chłopiec i on weszli na pokład statku. Mieli wrócić do domu przed wschodem słońca, ale okręt niespodziewanie zaczął tonąć. Wiem jedynie, że udało im się uratować i jako jedyni przeżyli.
Arthis przerwał na chwilę. Cisza przybiła nawet Jima, który próbował ułożyć to sobie w głowie i zanalizować każde słowo. Jeszcze nigdy nie słyszał podobnej bajki. Ta była wyjątkowa, prawdziwa i miała coś, czego nie potrafił jednoznacznie określić. Czuł, że historia była mu bliska. Pozostał skupiony, uspokoił się tak, że w pokoju słychać było już tylko wiatr bijący w okno. Oddychał cicho, prosząc spojrzeniem, by mówił dalej.
Uchylił usta.
— Dopłynęli łódką do najbliższego lądu. Przeszli przez bagno, walczyli pośród piorunów i wodnych prądów, by skończyć w sidłach Stróża. Stróża tradycji, który zaczął namawiać go do spełnienia obowiązku. Bo gdyby to zrobił, mógłby teleportować się do przyjaciela, ot tak. — Pstryknął palcami. — Chwycił dany mu sztylet i…
Jim zerwał się spod koca i stanął na łóżku.
— I co? I co? — Oddech chłopca nagle przyspieszył. Po uszach Arthisa odbijał się rytm jego serca. Uderzało, jak gdyby nie mieściło się w małej klatce piersiowej i chciało wyskoczyć, by się uwolnić.
— Rzucił go do wody. Najdalej, jak potrafił.

֍

Seth zamachnął się za plecami Bena i rzucił sztyletem w stronę wzbierających fal. Zniknął w niebieskiej otchłani, błyskając metalem, nim płomienie wody nie połknęły go na dobre. Krople deszczu skropiły kawałek morza. Spadały z nieba coraz szybciej i biły Demona po twarzy. Spływały niczym zimna kara za przełamanie bariery.

Złamanie systemu.
Strażnik zamienił się w pył, opadł na ziemię i rozpłynął się w powietrzu.
Seth nie widział do końca, czy świadczyło to o wiecznym wygnaniu, czy przyszyciu łatki dziwaka o nadmiernej empatii. Nie obchodziło go to. Pierwszy raz od narodzin Bena i Jima mógł odetchnąć pełną piersią. Byli wolni. Teraz pozostało już tylko wrócić do domu.
Choć nadal znajdowali się pośrodku niczego, a wiatr sypał im w oczy piachem, mieli siebie. Demon trzymał w ramionach swój największy skarb i przytulał go teraz w szczelnym uścisku. Musnął ustami czoło chłopca.
— Nie bój się, już po wszystkim. Wszystko będzie dobrze, już dobrze — szeptał, aż Ben przestał płakać. Nie miał jednak odwagi podnieść głowy. Ścisnął rączkami bluzę Setha i znów wtulił się w szyję.
Twarz demona rozjaśniła się najszczerszym uśmiechem.
Przeszli za wiele, żeby poddać się na ostatniej prostej. Noc goniła ich z każdym krokiem, aż wkrótce niebo spowiła ciemność. Bez latarki wpadał co chwila w dziury, a chłopiec podskakiwał razem z nim. Następne metry stały się trudniejsze, zwolnił, gdy zatrzymało go nagłe światło. Wcześniej nie dostrzegł, jak księżyc lśnił dzisiejszej nocy. Szaro biały rogalik padał na Setha swoją magiczną poświatą i oświetlał część drogi. Demon liczył, że doprowadzi ich do ludzi, jakiejkolwiek cywilizacji, skąd mógłby zacząć podróż od nowa. Do domu.
Gwiazdy jaśniały między sczerniałymi chmurami. Zupełnie tak, jak rok temu obserwował je z Arthisem. Powiedział wtedy, że księżyc przypominał mu jego uśmiech. I teraz również wyobrażał sobie uśmiech Arthisa. Myślał o nim z całej siły, stawiał sylwetkę anioła tuż obok i wyobrażał, że właśnie czekał i uśmiechał się tak, jak robił to najlepiej.
Księżycowym uśmiechem, który był mu pisany.

֍

— Wiedziałem! Wiedziałem! — wykrzyknął radośnie, skacząc po skrzypiącym materacu. Arthis zasłaniał się poduszką i zanosił śmiechem razem z chłopcem. Anioł rzeczywiście nie docenił wagi szczęścia tamtego momentu. Mimo że nigdy nie uwierzyłby w to, że Seth mógłby pomyśleć o innym rozwiązaniu. Mimo tego wszystkiego, co go spotkało, Arthis wiedział jedno.

Prędzej poderżnąłby przez przypadek jego skrzydła niż Benowi gardło.
Z utęsknieniem przypominał sobie o niesfornej grzywce demona, wyobrażając, jak szorstkie palce głaszczą policzki. Pamiętał oczywiście o drugim bracie, niemal identycznym do Jima.
Wspomnienia dzisiejszej nocy okazały się wyjątkowo żywe. W końcu była rocznica odkąd widzieli się po raz ostatni.
— To jeszcze nie koniec — powiedział. Krzyki urwały się w nagłym milczeniu i chłopiec przytulił się do jego boku. Arthis nie miał wątpliwości, że czekał na dobre zakończenie. — Razem z chłopcem przemierzał kolejne kilometry, aż musiała nadejść noc. Nie była jednak ciemna, wręcz przeciwnie. Była dokładnie taka sama, jak teraz ta nasza. Księżyc dodał im otuchy, jak twoja lampka nocna i oświetlał drogę. Mimo wszelkich starań nie… nie udało im się dotrzeć do domu.
Jim jęknął przeciągle.
— I to wszystko na nic?
Anioł pokręcił głową ze śmiechem i obrócił go w stronę księżyca.
— Oczywiście, że nie. Księżyc uśmiechnął się do nich i zaprosił do siebie. Dzięki jasnemu światłu mieli szansę dostać się wprost na niego! Po drodze jeździli na gwiazdach i pływali w mlecznej drodze. — Wskazał na rogalik. — Widzisz? Teraz też się do nas uśmiechają. Patrzą na nas i może nawet słuchają swojej historii?
Arthis miał nadzieję, że jego improwizacja wystarczyła maluchowi. W pewnym sensie sam chciał w nią uwierzyć. W to, że ciała Setha i Bena nie rozkładały się na bagnach, lecz oboje byli żywi i szczęśliwi. Pragnął znów być tylko niewinnym aniołkiem z niesplamionymi dłońmi.
Jim otworzył szeroko usta.
— Naprawdę? Tak było? — Nabrał powietrza i głośno je wypuścił.
Anioł pokiwał głową. Patrzył na księżyc, rozmyślając, że skoro Seth pierwszy zwrócił uwagę na jego uśmiech, a potem Jim, to musiało kryć się w tym jakieś ziarnko prawdy.
— A co stało się z aniołem i drugim chłopcem?
Arthis zbliżył się do Jima, uniósł delikatnie dłoń i dotknął jego nos koniuszkiem palca. Chłopiec zmrużył na chwilę oczy.
— Właśnie tutaj siedzą.
Nie zdążyli nawet się poruszyć, a w mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi. Brzęczący dźwięk wybrzmiał dwa razy i Jim podskoczył przestraszony. Chwycił rękaw anioła.
— Kogo niesie o tej porze? — Skrzywił się i najpierw upewnił, że schował skrzydła. Poprawił włosy, spoglądając do lustra, czy na pewno był podobny do człowieka. Musiał chodzić i zachowywać się jak jeden z nich. Inaczej nie byłoby tu dla niego miejsca.
Gula podeszła mu do gardła.
Nie wiedział, które serce biło szybciej. A może słyszał te przed drzwiami?
Uchylił je powoli i ujrzał te same czarne loki zakręcone przy czole, ten sam piękny uśmiech i oczy, świdrujące anioła w zadumie. Seth nie śmiał się jednak ruszyć i wolał wpatrywać się to, jak szczęka Arthisa opadała na ziemię. Stracił głos, choć żaden z nich wcale go nie potrzebował. Widział też Bena, jego jasne włosy na tle ciemniejszego opiekuna i to, że sześciolatek przewyższał teraz Jima.
Patrzyli sobie w oczy w ciszy, aż w końcu bliźnięta podbiegły do siebie. Przytuliły, jak gdyby dobrze wiedziały, że ostatnie cztery lata powinny były spędzić razem.
Seth i Arthis wtopili się w swoje ciała niczym jedność. I już na zawsze zapamiętali ciepło, jakie ogarnęło ich w tamtym momencie. Seth ścisnął Arthisa mocniej, chciał nawet, by zabrakło mu tchu. Błądził dłońmi po plecach anioła w poszukiwaniu skrzydeł. Niczego nie pragnął bardziej niż wtulić się w jego pióra i pozostać tam, dopóki nie wygłaskałby każdego z nich.
Doczekali się szczęśliwego zakończenia.

Magazyn Hipogryf