Opowiadanie: Na Anielskiej

Opowiadanie: Na Anielskiej

Autorka: Paulina Sobota

Opowiadanie wyróżnione w konkursie na blogu Hipogryf.pl

Michalina siedziała z nosem nad książką, ale jej myśli krążyły gdzieś indziej.
Wczoraj na ulicy Anielskiej, na komunalnym cmentarzu odbywał się pogrzeb. Rzecz zupełnie zwyczajna w takim miejscu, jednak… (zawsze jest jakieś „jednak”).
Dziewczyna wytarła krople deszczowej wody spadające na kartki, włożyła książkę do torby i, zapinając czarny płaszcz, wstała z nagrobka.
W mieście były dwa cmentarze, jeden na Jasnej, drugi właśnie na Anielskiej. Ojciec Michaliny, Leon prowadził swój zakład bliżej Jasnej i najczęściej, tam wykonywał zlecenia. Zdarzało się, że konkurencyjne ceny i dobra jakość usług przyciągały również zamiejscowych. Ludzie wiedzieli, że przybytek „Ostatnie Pożegnanie” prowadzony od trzech pokoleń, to miejsce, w którym ciała zmarłych krewnych będą traktowane z szacunkiem.
Co zastanawiające lwia część rodzin pogrążonych w żałobie miała złe zdanie o zakładzie przy Anielskiej i samym cmentarzu.
Słyszało się:
– Chcieliśmy tam wykupić miejsce dla babci, jest w ogóle pięknie, tyle starych pomników i wszystkie pięknie utrzymane, kwiaty, zieleń, ale… coś nam mówiło, że to nie miejsce dla niej. Pan rozumie, może to dziwne… ale…
Ojciec Michaliny odpowiadał wtedy, że bardzo dobrze rozumie, jako młody chłopak znacznie częściej grzebał tam ludzi razem z dziadkiem, ale za sprawa czasu dużo się zmieniło. Nikt dokładnie nie rozumiał co i nie podejmował rozważania sprawy głębiej. Nawet wspomniany zakład „Lilia”, znajdujący się u bram Anielskiej wolał, gdy ludzie prosili o wykonanie prac i przewiezienie przez ciała na wykupioną parcelę, na Jasnej.

– Cześć.
Gdy wychodziła z cmentarza zaczepił ją jasnowłosy, bardzo wysoki chłopak. Stał pod parasolem i Michalina wiedziała, że przyszedł tu specjalnie.
Wydawał się mieć jakieś dziewiętnaście lat, nosił na sobie beżowy płaszcz do kolan, czerwone, skórzane buty, kapelusz z wąskim rondem i chodził trochę przygarbiony, zapewne by ukryć nieco swój wzrost. Niby dodawało mu to trochę wieku dla postronnego obserwatora, ale Michalina jakoś nie była pewna, czy nie jest przypadkiem znacznie starszy niż wskazuje jego młody wygląd. Najważniejsze, z pewnością, był wczoraj na tamtym pogrzebie.
– Cześć aniołeczku. A już prawie pomyślałam, że mi się przywidziałeś – odparła narzucając kaptur.
– Masz chwilę, żeby porozmawiać Cmentarna Wiedźmo?
Michalina wzięła go pod rękę.
– O dobrej nadziei? Oczywiście, zapraszam do mnie pięknisiu.
Chłopak nachmurzył się jakby ukłuło go słowo „piękniś”. Młoda wiedźma, już raz miała do czynienia z aniołami, były raczej antypatyczne i zrównały ją z błotem, wyzywając od czarnych magów. Ten, szczęśliwie wydawał się przyjazny. Ciekawa była, czy ma co do niego rację.
– Mam na imię Artur, widziałem jak wczoraj oczyściłaś i uwolniłaś iskrę życia… to znaczy duszę – oznajmił bez ogródek.
– Tak, można tak to nazwać. Ja jestem Michalina.
– Zatem pewnie wiesz dlaczego na tamtym cmentarzu gromadzi się tyle „złej energii”. Moi przy… przełożeni obawiają się, że w tym miejscu, ktoś buduje przejście między wymiarowe.
– Pojęcia nie mam, wiem tyle co ty, ostatnio nie chcą tam nikogo chować i jest coraz „mroczniej” – wzruszyła ramionami. – Nasza rodzina jest od tego by dusze odchodziły w spokoju. Unikamy takich miejsc, jeśli możemy. Widocznie, skoro tu jesteś nadszedł czas coś z tym zrobić.
– No właśnie, a z mojej perspektywy wygląda na to, że mieszkasz tutaj i znasz historię tego cmentarza. Możesz mi coś poradzić, prawda?
– Czyli wy tam na górze nie widzicie wszystkiego? – zachichotała Michalina.
– Wybacz ja nie jestem z tych, miałem już przyjemność, czy raczej nieprzyjemność ich poznać. Nadęte snoby, że też Najwyższy jeszcze ich wszystkich toleruje. Taki miły gość… Mch, może to ja się nie znam. Jestem co prawda Stróżem, ale urodziłem się tu na Ziemi. Dokładnie dwa miasta na południe stąd… choć w innym wymiarze, ech nie ważne, musiałbym wywlec kawał historii.
– Uważaj, bo jeszcze uwierzę – mruknęła, parząc w jego niebiańsko-błękitne oczy. Chłopak uśmiechnął się wzruszył ramionami.
– To się zdarza, nie często, a jednak i wcale nie pcham się do tak zwanego „Nieba”. Moja dziewczyna…
Mówił coś jeszcze i raczej nie kłamał, zresztą ponoć świętoszkom trudno to przychodzi. Najwidoczniej należał do tak zwanych „upadłych”, zesłanych na ziemię za grzechy. I o nich Michalina słyszała, ale bardzo niewiele. Jedne księgi i źródła traktowały o tych istotach jak o potępionych, bliskich poplecznikach „Złego”, inne wspominały o ludziach rodzących się z anielską mocą poprzez wcielenie duszy upadłego, który to może pracą odkupić swoje grzechy itd, itp…
– Przepraszam zboczyliśmy z tematu, Michalinko, czy mogą tak do ciebie mówić? Muszę wiedzieć, co się dzieje na tym cmentarzu? Nie chciałbym nadużywać twojej cierpliwości.
– Cóż za poufałość, ho, ho, a nie wspomniałeś, że masz dziewczynę?
– Mam, choć z Magdą jesteśmy już jak stare małżeństwo, rozumiemy się bez słów. A ty po prostu wydajesz mi się bardzo miłą osobą – wyjaśnił bez skrępowania.
– Kto, ci takich bzdur naopowiadał? – roześmiała się wiedźma.
– Mam takie przeczucie.
Minęli skrzyżowanie z ulicą Bracką, szli Zimową, na której znajdowało się lodowisko, chłodna aura przywiodła Michalinie na myśl wspomnienia zeszłorocznych, miejskich, zawodów łyżwiarskich, zajęła trzecie miejsce, a potem zwichnęła kostkę. Dalej był mały park, a za nim kamienica dziadka i właśnie tam prowadziła nowego znajomego.
– Skoro tak sądzisz to na pewno nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli poproszę cię o pokazanie skrzydeł.
No i aniołek zrobił się czerwony jak burak.
– Tylko pod warunkiem braku innych świadków i urządzeń rejestrujących – wymruczał speszony.
– Matulu, ale mi się trafił gagatek. Naprawdę byś to zrobił?
– Nie wstydzę się tego kim jestem, nie wolno mi tylko paradować po ulicach. Magda powiedziała, że dla dobra sprawy, mam zrobić wszystko, co w mojej mocy – potwierdził stanowczo.
– Widzę, żeś nowicjusz i łatwowierny – podsumowała sobie głośno Michalina. – Dobrze, że na mnie trafiłeś bo mój tatuś, to by cię oskubał w trymiga.
Artur pomyślał, że właśnie o takie pierwsze wrażenie mu chodziło, zbytnia pewność siebie i nieszczerość już nie jednego, choćby anioła sprowadziła na złą drogę.
Parasol przemókł w kilku miejscach i pod kamienicę dotarli nieco wilgotni. Artur wytrzepał materiał, popatrzył na szyld sklepu z antykami.
„Rozmaitości pana Browna” w witrynie ustawiono książki, od bardzo starych po całkiem nowe, przebiegł po niech wzrokiem zanim towarzyszka zdjęła i strzepnęła płaszcz. Tytuły i autorzy były jakieś zupełnie nieznane, ani „dziady”, ani „potopy”. Poza woluminami stały: ruski samowar i jakaś drewniana konstrukcja jakby pionowy wiatrak. Okładki rozpalały ciekawość i postanowił tu wrócić gdy już wykona zadanie.
– Zdejmij kapotę, bo dziadek wpadnie w szał, jeśli zamoczysz któryś z jego skarbów.
Artur wykonał polecenie i zapytał cicho, dlaczego wiedźma przyprowadziła go do lombardu.
– Chcesz się czegoś dowiedzieć, to tylko tutaj – odrzekła z kocim uśmiechem. – Dotarcie do archiwów miejskich, lub bibliotecznych zajęłoby tygodnie.
Ileż tam było wszystkiego! Na pierwszy rzut oka trudno było cokolwiek wyodrębnić poza kilkoma ozdobami z mosiądzu, czy innego metalu odbijającego półmrok zza okien. Widział też dziesiątki fotografii, a spod sufitu zwieszały się fantazyjne lampy.
Zaś za kontuarem siedział Żyd. Nosił długa białą brodę, pejsy i charakterystyczną czapeczkę. Nie, żeby Artur miał akurat coś do tego narodu, ale… już od pierwszego spojrzenia wydał mu się jakiś dziwny. Miał słabą aurę, ale jakąś niewłaściwą.
– Fajna kukła, co nie? Wygląda jak żywy. Zastępuje dziadka, gdy wychodzi na miasto, bo zasadniczo można tu wejść o każdej porze – powiedziała Michalina, gdy chłopak zamierzył się przywitać z „człowiekiem.”
Anioł odsunął się szybko, udając że miał sięgnąć po jakąś książkę.
– Nie mógłby po prostu wystawić tabliczki informującej o zamknięciu?… Znam chyba kogoś, z kim twój dziadek mógłby się nieźle dogadać. Tamten też potrafi sobie utrudniać życie – mruknął cicho Artur, wspominając pewnego kłopotliwego maga. – Czy on się nie boi, że go okradną?
– Powiada, że wszystko co zgubimy wraca do nas w innej postaci. I bredzi coś o chlebie na wodzie – zachichotała i nagle dostała laską po głowie.
– Czyżby cię jeszcze niczego nie nauczył, czarny postrzeleńcu? Ile można chodzić w żałobie po kocie?! Mówiłem o dobrym chlebie, który wraca, to była przenośnia! – ryknął starszy pan, schodząc ze schodów.
– Wiem dziadziu, tylko żartowałam – jęknęła Michalina, rozcierając ciemię. – To nie żałoba tylko taki styl! Gothic! Prosiłam, żebyś we mnie nie rzucał tym kijem.
– Ciesz się, że tylko to miałem pod ręką nie będziesz się wyśmiewać ze starszych, szczeniaro! Okazałabyś trochę szacunku.
– Czy on tak zawsze? – szepnął speszony Artur.
– Tylko się popisuje, bo bardzo mnie kocha – odszepnęła wiedźma.
Cóż, Michalina rzeczywiście w tej chwili bardziej niż gotkę przypominała, przemoczoną zmorę. Makijaż rozpłynął się czarnymi smugami po twarzy, a ubranie zawilgotniało do tego stopnia, że zlało się jakby w jedną masę i tylko glany (jakimś cudem) nadal świeciły jak przysłowiowe psie klejnoty. Z kolei dziadek wiedźmy, ni krzty, nie przypominał Żyda. Nosił schludny frak starego kroju w zielono brązowe paseczki i zegarek na srebrnym łańcuszku w kieszonce brązowej kamizelki. Brakowało mu tylko laski i melonika by prezentował się jak gentleman rodem z dziewiętnastowiecznego Londynu, albo popularnego przewodnika dla turystów.
– Gocik… ?– zastanowił się pan Brown – gdzieś tę nazwę słyszałem, to był na pewno styl w sztuce i znałem jednego takiego co się Gocki nazywał, czy jakoś podobnie. Trochę mi krwi napsuł, bo ciągle wracał się o coś zapytać, a i z wężami w kieszeniach łaził. Ale, ale widzę, że gościa przyprowadziłaś, nowy chłopak. Wiesz podoba mi się, ma taką jasną i czystą aurę wokół siebie. Może wreszcie wyciągnie cię do ludzi, ta czerń, dziecko to dobre dla nastolatków.
– To nie jest mój chłopak – odwarknęła dziewczyna. – Przyszedł się zapytać, o historię cmentarza na Anielskiej, a zdaje się, że ty dziadku znasz się na grzebaniu w przeszłości najlepiej.
– Więc klient, to nawet lepiej i owszem znam, znam… ten cmentarz, jak każde stare miejsce ma swoje tajemnicę. Jednak nic za darmo, prawda?
– Również milo mi poznać, skoro pan może opowiedzieć o tamtym miejscu będę bardzo wdzięczny. Jestem Artur Anioł. Czego pan chce w zamia, za odpowiedzi na moje pytania? – zapytał szybko chłopak.
– Jeśli zależy ci głównie na czasie, to pieniędzy.
– A ile?
– Dziesięć za dokładne oprowadzenie… piętnaście za mroczną tajemnicę… – zaczął liczyć na palcach starszy pan. – I wróć pojutrze bo muszę zbadać źródła.
– Mam przy sobie pięćdziesiątkę.
– O tysiącach mówię chłopcze, każda rzecz nawet coś tak niematerialnego jak historia ma swoją cenę.
Arturowi opadła szczęka.
– Dziadek powiedział „jeśli zależy ci GŁÓWNIE na czasie”. – Szturchnęła go w ramię wiedźma.
– Ależ zależy mi na czasie! Nie mam tyle pieniędzy i raczej nie szybko zaoszczędzę, pracuję w sklepie ogrodniczym – chłopak wpadł w lekką panikę i nie wiedział co zrobić z rękoma.
Michalina prawie położyła się ze śmiechu.
– Aniołek z ogródka!
Jej dziadek zakrył dłonią usta.
– To moje pierwsze zadanie, obiecałem, że sobie sam poradzę.
Przygnębiony porażką chłopak miał już się żegnać i szukać odpowiedzi na własną rękę, ale pan Brown wziął go pod ramię.
– Cóż jestem człowiekiem starej daty, pieniądze nie są mi tak potrzebne jak czyjaś uwaga. Siadaj napijesz się z nami czarnej herbaty.
– Aaaa… rozumiem, więc mogę odwdzięczyć się inaczej. Proszę mówić.
Po chwili Artur sączył bardzo mocną herbatę. Dwie czubate łyżki cukru zatraciły się w niej jak łupinka orzecha w oceanicznym wirze.
– Anielskie pióra są poszukiwanym towarem, potrzebował bym kilku. To na początek.
– Dziadku. Ty też? Ojciec jednego z posłańców chciał żywcem jak kurczaka wyskubać, ale ty? – Michalina udawała wstrząśniętą.
– Durny Leon, a potem się dziwi, że ma na pieńku z siłami natury. Niestety, ja nie mogę się dziwić w jego fachu to konieczność.
Arturowi zjeżyły się włosy na głowie.
– Myślałem, że tylko żartowałaś – zwrócił się do wiedźmy.
– Nie mam tak subtelnego poczucia humoru, to było ostrzeżenie. Tato może i jest zwykłym grabarzem, ale przy okazji egzorcystą. Wariuje, gdy zobaczy jednego z was.
– Domyślałem się po twoich umiejętnościach, że to rodzinne, tylko nie wiedziałem, że moje pióra mogą się komuś przydać.
– Mogą, jako amulety ochronne. Zawsze zostaje na nich trochę mocy z właściciela. – Wyjaśnił antykwariusz. – Więc jak dobry grabarz zwabi już aniołka, to łatwo go nie wypuści.
– No dobrze, a chce pan jeszcze czegoś, poza tym? – zapytał anioł rozpinając kilka guzików koszuli. Sięgnął do tyłu ręką i skrzywił się lekko, wyszarpując z brzegu skrzydła parę piór.
– Kremowo białe… – zachwycił się dziadek wiedźmy. – Chłopaku, możesz pytać o co zechcesz!
– Naprawdę jest stróżem! – Dziewczyna popatrzyła z niedowierzaniem. – Tata mówił, że spotkał w życiu tylko jednego i to jeszcze jako bardzo mały chłopiec.
– Co w tym dziwnego? – zupełnie nie załapał Artur – Myślałem, że stróże są dość „popularnym” podgatunkiem. Powinniście ich napotykać dość często.
– Może, ale prawie nigdy się nie materializują – stwierdziła nadal mocno poruszona Michalina. – Najczęściej spotyka się posłańców i wysłanników śmierci. To co, naprawdę mieszkasz niedaleko nas?
– No tak, normalnie jak mówiłem. To dość długa historia… A ja chciałem poznać prawdę i tak jakoś wyszło. Potem matka, też się przebudziła i chciała mnie zabrać do Nieba, ale nie podobało mi się. Stwierdziłem, że bardziej przydam się na dole.
– Czyli potomek upadłego – ocenił fachowo pan Brown. – Nie do końca człowiek i nie do końca anioł. Śmiertelny anioł! Pewnie masz problem z niektórymi substancjami chemicznymi w pożywieniu i w glebie. Dlatego nie jesteś w stanie zachowa jednej struktury bionuklearnej i następuje ekstra-ekspozycja różnych, czasem losowych odcinków DNA?
„Dobry jest” – pomyślał anioł, a na głos dodał: „Czasami, owszem, a czasem to kwestia wiary” przytaknął dość niechętnie.
– Czy to znaczy, że jego pióra nie mają mocy? – zmarszczyła nos cmentarna wiedźma.
– Sama sprawdź – dziadek podał jej jedną z lotek.
Michalina przez chwilę wpatrywała się w otrzymany przedmiot. Pióro zaczęło błyszczeć i wydzielać coraz mocniejszy promieniować światłem, w końcu stało się jasne niczym wolframowe włókno żarówki. Nie zgasło nawet, gdy dziewczyna odłożyła je z niemym strachem na stół.
– To są kurw… bomby nuklearne, a nie amulety! – warknęła, ledwo ochłonęła. – Z tego trzeba będzie moc drenować przez miesiąc! Zobacz co mi się z włosami stało!
– O farba zeszła. Zawsze wiedziałem, że naturalnie masz jasne włoski skarbie – dziadek uszczypnął policzek wnuczki, która bezsprzecznie miała teraz na głowie suche jak pieprz złoto-blond loki.
– Odczep się staruszku, ten anioł nie może wejść na cmentarz zniszczy jego aurę…
– Może kochana, powiadam, że on sam oczyści całe to gówno na cmentarzu. Powiedz mi kochanieńki, czyim ty dokładnie jesteś synkiem?
– Jeśli dobrze zrozumiałem moja matka okazała się być złotoskrzydłą, a to znaczyło, że … – Chciał się wytłumaczyć w miarę ostrożnie Artur, jednak mężczyzna w kamizelce przejął już pałeczkę.
– Że jeśli nie powstałeś z jej pióra, a urodziłeś się jak każdy człowiek została ci przekazana znacznie większa część jej mocy niż naturalnie zasianym aniołom. O największa jasności to musi być dopiero historia.
– Jest w tym sporo historii, mówiłem, ale ja mam pytanie, co było w tej herbacie?
– Nic, jest po prostu bardzo mocna, mocniejsza od kawy – wzruszyła ramionami Michalina.
– No to klops… jest tu gdzieś toaleta?
– Na piętrze po…
– Dziękuję, skorzystam,
Dziewczyna nie skończyła zdania, bo anioł już wystrzelił jak z procy.
– Co go ugryzło? – mruknęła, dopijając swoją filiżankę.
Gdy przez dłuższy czas Artur nie wracał gospodarze wspólnie postanowili sprawdzić co się stało.
Ubranie leżało złożone na pralce, a na umywalce siedział biały gołąb.
Siedział, nie kucał z przycupniętymi nóżkami, te zwisały swobodnie z krawędzi misy. Popatrzył na wchodzących przechylając lekko głowę. Gruchnął cicho.
Michalinę zamurowało, ale pana Browna nie.
– No widzisz miałem rację – klepnął wnuczkę po plecach. – Chłopak ma problemy z ekspozycją genów. Przełączają mu się z recesywnych i atawistycznych na funkcjonalne. Dobry boże nawet od zwykłej herbaty go wzięło.
– Długo to potrwa?
– Pewnie zależy ile wypił, mam rację?
Gołąb potwierdził krótkim gruchnięciem. Jakimś cudem się dogadali i po około godzinie Artur powrócił do właściwej postaci.
– Często ci się zdarza coś takiego? – zapytała go Michalina, kiedy jej dziadek zaczął znosić stare gazety i regionalne czasopisma.
– Dosyć często – potwierdził ze ściągniętymi w dzióbek wargami. – Na szczęście jak się zorientuję na czas co mi zaszkodziło, szybko mija. W dodatku to czasem przydatne. – Roztarł dłonią twarz, nadal powracającą do normalnych rysów.
– Do czego?
– Wolę więcej nie mówić.
– Oho, nagle się tajemniczy zrobił.
– Ja cię nie pytam o szczegóły twojej mocy, co nie? – wydawało się, że Michalina go zdenerwowała. Jednak zaraz na ustach anioła wykwitł pobłażliwy uśmiech.
Przez kilka godzin przekopywali gazety, magazyny i książki historyczne. Wzmianek o cmentarzu na Anielskiej było sporo. Kiedy go założono, kto wyrzeźbił statuy na murach, ile ważnych osób jest tam pochowanych i jacy potomkowie żyją nadal w mieście.
Najstarsza część wydawała się najciekawszym tropem. Było tam kilka grobów niechrześcijańskich, a według antykwariusza te właśnie wskazywały na obecność magów, wiedźm, wilkołaków, wampirów i całego tego nieco bardziej swojskiego bałaganu, który lubił wracać po śmierci.
– Gdy umysł był otwarty na magię czarne dusze łatwiej zasiadają powłokę po jasności – wyjaśniał przekopując kolejne tomiszcze spisu członków kościoła, daty chrztów i urodzin, grzechy, czas i przyczyny śmierci.
– Za dużo tego! – stwierdziła Michalina. – Najpierw ustalimy skąd się to wydobywa, a potem dlaczego. Artur co ty na to?
Chłopak miał już dość po godzinie suchych poszukiwań, a minęła już trzecia albo czwarta i byli nadal głęboko w lesie. Trzymała go w miejscu tylko anielska cierpliwość, a w uszach wciąż dźwięczało mu klik-klak, klik, klak… postukującego zegaro-cosia ustawionego w jednej z witryn okiennych.
– Jak chcesz to zrobić? – zapytał, starając się nie okazać nadmiernego entuzjazmu.
– Pójdziemy do pracowni ojca i zrobimy amulet, to zajmie najwyżej godzinkę. Określimy przynajmniej, czy to rzeczywiście stara część cmentarza, czy nowa.
Po krótkiej namowach chłopak się zgodził. Nadal padało i trzymali się razem pod parasolem.
– Wiesz, to dość zastanawiające… – powiedziała dziewczyna podnosząc głowę i jeszcze raz oceniając wygląd chłopaka.
– Co takiego?
– No to jakim cudem się tak skurczyłeś, żeby być wielkości gołąbka.
– Magia, to uniwersalna odpowiedź, co nie? Moje ciało od jakiegoś czasu ma co najmniej dziwaczne właściwości, bo nie dość, że jeszcze nie jestem dorosłym aniołem i możliwe, że dlatego jestem na wszystko tak podatny, to jak się nie przypilnuję bywam wyższy niż teraz.
– Dużo?
– Jakieś półtora metra.
– Że jak?
Rozłożył ręce w geście bezradności.
– Zdarza mi się. Powinienem unikać wołowiny.
– Masz przekichane, młody.
Michalina poprowadziła ich ulicą Gościnną do Szarej i Fiołkową znów aż do Jasnej. Minęli cmentarz i znaleźli się w wielkim starym, skrzypiącym domu.
Artur był pod wrażeniem. Rozglądał się po wszystkich kątach jakby trafił do muzeum, albo galerii handlowej.
– Ale tu…
– Obskurnie? Dziwacznie? Staromodnie?
– Nie, nie to miałam na myśli, chciałem powiedzieć dostojnie, jakoś tak bogato i tradycyjnie. Ten klimat!
– Tego dawno nie słyszałam. Chodźmy, ojciec na pewno jeszcze nie wrócił, rano grzebał kogoś, a potem stypa i takie tam.
Wydawać by się mogło, że dziewczyna prowadzi do piwnicy, lecz przeciwnie ruszyli schodami w górę.
– Mieszkasz tylko z tatą, czy masz jeszcze inną rodzinę? – zapytał ciekawski Anioł.
– Nie, znaczy… w tej chwili, ale dusza mamy nadal jest z nami. Moje siostry wyjechały i jeszcze nie wróciły, ale na pewno to zrobią. Ojciec jest przez to wszystko nieco przygnębiony. No i nie ma w tym pokoleniu syna, któremu mógłby przekazać zakład.
– Ale ma córki.
– He, będzie się musiał z tym kiedyś pogodzić. Na razie szuka sobie następcy. Czekam, aż zauważy, że to ja się chętnie wszystkim zajmę. Znam powszechne egzorcyzmy i nawet trochę przedchrześcijańskiej kabały. Tylko on ciągle powtarza, że powinnam się zajmować babską magią.
Uroki, wróżenie z fusów, kuszenie mężczyzn… bla bla, ale to umiem od małego, mama mnie wszystkiego zdążyła nauczyć.
Dotarli na piętro i Artur usłyszał cichą muzykę. Zaczął się rozglądać za źródłem, ale nie widział żadnego odtwarzacza.
– Przepraszam, czy to radio?
– Ty to słyszysz?
– No owszem.
– Um… mama czasem śpiewa. Jeszcze nie odeszła całkiem. Jest czymś pomiędzy duchem a… opiekunem, przyjacielem domu. Gospodynią. Nie chcemy jej wypędzać.
– Chyba rozumiem.
– Czasem śpiewa, czasem coś przestawia, ale nie da się z nią za bardzo porozmawiać. To pewnie przez to jak zginęła. Rozbiła głowę, była w długiej śpiączce, a potem w szpitalu brakło prądu. Sprzęt akurat wtedy zaczął się psuć i męczyła się tak przez kilka godzin. Wszystko działo się w nocy nim…
Artur nagle zrobił się cały biały i zaczął świecić, objął Michalinę.
– Nie smuć się proszę, wiem, że tęsknisz, rozumiem…
– Hej, nie trzeba, no co ty, chłopie opanuj się! – zaśmiała się dziewczyna i wyrwała z jego objęć. – Miło z twojej strony, ale jestem cmentarną wiedźmą, takie rzeczy ruszają tylko zwykłych. I jak widać ciebie.
Anioł był zaskoczony, pierwszy raz w jego doświadczeniu, ktoś bez mrugnięcia okiem po prostu odrzucił aurę opieki.
– Ja nie mogę jakbym gapiła się na słońce, zgaś to no błagam.
– Przepraszam, miałem wrażenie, że tego potrzebujesz – mruknął skonfundowany chłopak i zgasł.
– Dobra, no to zobaczmy co on tam trzyma.
– To ja mam prośbę, jeśli będą tam jakieś trupie główki i żaby w formalinie, nie każ mi wchodzić mam słaby żołądek.
– Ta, taaa, chodź, a nie wybrzydzaj.
– Śmierdzi, ja nie żebym wybrzydzał, ale dosłownie – schylił głowę żeby się zmieścić w stosunkowo niskiej futrynie. – Ja prawie nie mam żołądka.
– Za chwilę przywykniesz.
Arturowi wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedział, że nie przywyknie. Trafił wzrokiem na czaszkę szczura, potem szkielet jakiegoś ptaka i łapy zwierząt w słojach.
– Eee… Michalina masz tu toaletę… – jęknął.
– Ych. Na przeciw.
Wybiegł i chyba nawet nie zauważył, że walnął się w głowę o drzwi. Odgłosy świadczyły, że naprawdę zwrócił.
Kilka minut później siedział obok wejścia oparty plecami o ścianę. Starał się nie zerkać do środka, nadal wystarczył mu sam zapach by żołądek szukał nowego miejsca zamieszkania.
– Już? – zapytał.
– Nie.
– A może teraz…
– Nie wkurzaj mnie! – krzyknęła wiedźma.
– Czego zasadniczo szukasz?
– Wahadełka, ale go nie ma. Musiał zabrać ze sobą.
– A jak coś takiego wygląda?
– To kawałek metalu na sznurku.
– Jakiegoś konkretnego metalu? – pytał dalej anioł, zaczynając szukać w swojej torbie na ramię.
– Zależy co ma wskazywać.
– Mam złotą obrączkę i dwa srebrne kolczyki, a i kawałek miedzianego drutu. Ej nawet jeszcze gumę do żucie, kompletnie o niej zapomniałem! Mmm…truskawkowachcesz? Ach i jeszcze guzik z czegoś przypominającego mosiądz i kawałek cyny. Nić dentystyczną, szczoteczkę do zębów i nożyczki, nawet obcęgi do drutu, szpadelek, zapalniczkę, latarkę, scyzoryk, żyłkę wędkarską…
Michalina wychyliła głowę z pracowni ojca.
– Na co ci to wszystko?
– Nie miałem pojęcia co się bierze na akcję. Więc kiedyś spakowałem to co radzili brać ze sobą na wycieczkę po dżungli. Mam nawet trochę drobnych w obcej walucie. To chyba jeny, dostałem od ojca na dziesiąte urodziny. – Pokazał na trzymaną pośrodku dłoni monetę z dziurką.
– O widzisz to się nada, ma odpowiedni kształt.
– Ej, mam tylko jedną taką – zmarkotniał chłopak, gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami z jego pieniążkiem.
– Nie bądź dziecinny. Oddam ci później – krzyknęła.
– Ale to ma wartość sentymentalną.
– Jeszcze lepiej.
Nie odzywała się przez kilka minut. W końcu Artur wyczuł, a później usłyszał jak się na coś złości.
– Mogę pomóc?
– Nie.
– Na pewno?
– Daj tę nitkę do zębów.

Chwilę później znowu szli Jasną w kierunku Marcowej i Placu Leśnego. Potem musieli wsiąść w bus i dojechać nim pod cmentarz na Anielskiej.
– Głupio to wygląda. Wszystkie rzemienie były za grube – burknęła Michalina, obracając kółeczko na białej nitce.
– Zdarza się, chociaż zestaw przetrwania okazał się przydatny. Jak sprawdzić czy będzie działać?
– Trzeba skupić się na tym czego szukasz i puścić je w ruch. Jeśli się szybko zatrzyma idziesz prosto, albo jesteś na miejscu, jeśli ciągnie w daną stronę to tam właśnie musisz się kierować. Dziecinnie proste, ale nic nie może cię rozpraszać.
– Mogę spróbować?
– W sumie czemu nie, moneta jest twoja i masz z pewnością większe naturalne zdolności niż ja. Trzymaj. Owiń nitkę dość ciasno wokół dłoni, żeby wyczuć każdy ruch. Zwykle wymaga trochę wprawy by odpowiedziało na twoją…
Ledwie nitka znalazła się w dłoni chłopaka moneta stanęła na sztorc i potoczyła się sama po jego ręce. Wiedźma w ostatniej chwili zdążyła ją złapać, bo przedmiot zamierzał wystrzelić w powietrze.
– Ja nie mogę, ty tak od razu? Nadal się wyrywa w stronę cmentarza!
– Widać jesteś zdolną nauczycielką.
– Nie kurna, tylko na chwilę zapomniałam, czym wy jesteście. Przecież do tego właśnie istniejecie.
– Co masz na myśli?
– Ech, chodzi o energię, dla was jej przekazywanie na inną osobę i przedmiot jest tak proste jak dla nas oddychanie. Ludzie jak ja, mogą mieć zdolności, ale nigdy nie osiągną porównywalnego poziomu. Jesteście jak pawie w gołębniku.
– Rozumiem. Hm. – Niby miał się nachmurzyć, jednak zamyślił się tylko nad tym faktem.
Wsiedli do busa i przez chwilę nie rozmawiali. W końcu Michalina przerwała ciszę.
– Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Przepraszam.
– Nie sądzę żebyś miała za co. Jest w tym cała prawda, z jednej strony jestem teraz tym magnesem przyciągającym ludzki wzrok, a z drugiej wiem jak to jest być małym gołębiem.
– Ha, no tak. Nie myślałam o tej metaforze dosłownie, ale tak.
– Pasuje w obu znaczeniach.
Wysiedli pod główną bramą, ale wiedźma pociągnęła anioła do tylnej, gdzie wskazywało wahadełko. Gdy przeszli schowała je do kieszeni i popchnęła Artura za komórkę przeznaczoną dla ogrodników.
– Chryste… co on tu robi? Czemu nie jest na stypie? – warknęła pod nosem.
– A kto? Co?
Artur dostrzegł jakieś pięć osób kręcących się po najbliższej okolicy.
– No mój ojciec. Jest tu, widzisz tam, ten z brodą za zagajnikiem. Rany nie gap się aż tak! Jak cię zobaczy mam przechlapane. Jeśli też stwierdził, że czas poszukać paskudztwa to nie odpuści.
– Niby dlaczego mamy przekichane? Ja nic złego nie zrobiłem.
– Dlaczego? Bo jesteś anioł do nędzy bez piniendzy, mówiłam ci, prośbą czy groźbą i tak cię oskubie. A mnie oberwie się po uszach, że od razu do niego nie poszłam i ci po kryjomu pomagam.
– A masz może czekoladę?
– Co?
– Czekoladę.
– Bo co na głodnego nie potrafisz nic wymyślić?
– Potrzebuję trzech kostek czekolady i będziemy mogli spokojnie przejść obok. Poważnie mówię, muszę się skupić. Nawet oddam pióra po dobroci.
– A znowu coś z tym twoim rozoranym DNA?
– Tak, coś z moim „świętym DNA”, to jak masz coś? – uśmiechnął się szeroko.
– Mam kawałek gorzkiej z kokosem – mruknęła wygrzebując otwarte opakowanie z plecaka na ramieniu.
– Nada się, a może jeszcze jakiś worek?
– A to na co?
– Na pióra, coś muszę z nimi zrobić, gdy wypadną. Zawsze trochę tracę. Dasz ojcu, a ja nie przez chwilę nie będę się rzucał w oczy. O to ci chodziło, co nie?
– Serio? Mówisz o tym jak by dla ciebie nic nie znaczyły…
– Najpóźniej do jutra będę miał na ich miejsce nowe, a ty coś na zapas, tak?
– Jesteś za dobry dla tego świata, chłopie.
– Już to słyszałem – stwierdził, żując kawałek czarnej tabliczki.
Michalina podała mu swoją torbę.
– Możesz tu upchnąć ile dasz radę.
– Dobra. Za raz wrócę. – Mruknął Artur, chowając się do komórki.
Minęło kilka minut, w których gadali przez drzwi o tym co zrobią jak już znajdą ten właściwy grób. I, w których dziewczyna miała nadzieję, że jednak jej tatko gdzieś sobie pójdzie. Lecz on wyraźnie, tak samo jak oni też szukał źródła.
– Proszę – uchyliły się drzwiczki. W ręce chłopaka wisiała torba po brzegi wypełniona białym puchem. – Mam tylko jedną prośbę. Nie przejmuj się, gdybym mówił coś wrednego. Nie jestem najmilszym facetem na świecie.
– Ja cię kręcę, mam u ciebie dług do końca życia! Jak możesz mówić, że jesteś niemiły?
– To naprawdę nic. Mam z tego niemal co miesiąc nową pierzynę. Chyba nawet zacznę je sprzedawać.
Za ręką wychyliła się okrągła twarz, o prostych, szaro-rdzawych włosach, wąskich ustach i nieco za dużym, orlim nosie. Dalej był już cały, chłopak. Zwyczajny dzieciak około szesnastu lat o posturze pulchnego misia. Niezbyt dobrze leżały na nim ubrania skrojone na osobę nieprzeciętnie wysoką i szczupłą, ale jakoś wpasował się w zbyt długi płaszcz. Jedynym elementem świadczącym, że ma przed sobą pana Anioła były bajkowo szafirowe oczęta chłopca. Michalina z jakiegoś powodu nim go zobaczyła, była pewnie z komórki wyjdzie spory facet, ale Artur znowu ją zaskoczył.
– Myślałam, że jesteś nieco starszy – stwierdziła, jakby zawstydzona swoją nietrafną oceną. Chwilami miała nawet wrażenie, że ma do czynienia z antyczną siłą, ale potem wszystko temu przeczyło.
– Ja kiedyś też, ale anielaki żyją dłużej niż ludzie. Możesz się już nie gapić? Sam wiem, że jestem śmiesznie niski.
– Czyli, pomimo że możesz wyglądać zupełnie przeciętnie, wolisz paradować jako złoto-puklate wniebowzięcie? – mruknęła rozbawiona dziewczyna. Rzeczywiście chłopak był prawie o głowę mniejszy od niej.
– Nie chcę być taki zbyt często, bo wtedy skrzydła wolniej odrastają – odparł, wzruszając ramionami. – Głupio się czuję, bez nich. Mam jakbym miał za mało kończyn.
– Nie pomyślałeś o tym, że jednak takie niesamowite zdolności i piękno warto zachować dla siebie?
– Pomyślałem, ale na co mi wtedy one? Przed zwykłymi ludźmi nie paraduję z wywieszonym na klacie napisem: „odkupuję wasze grzechy”. Co najwyżej ktoś mnie pomyli z jakimś aktorem i tak się kończy. Skoro już zostałem aniołem to niech się chociaż ten fakt przydaje. Daję nieczytelne autografy i mam o wiele ciekawsze życie. Powiedz; jesteś w stanie wyobrazić sobie, jakie sympatyczne przygody spotykają niskiego grubaska z wieczną deprechą i podłym charakterkiem?
– Trudno by było mówić o jakichkolwiek przygodach – odparła Michalina już nieco lepiej rozumiejąc Artura.
– Delikatnie mówiąc, a taki byłem zanim udało mi się zrozumieć prawdę. Gdybym chciał, wystarczy pociągnąć kilka sznurków i na stałe jestem człowiekiem. Tylko nie chcę. Popatrz, idę z tobą, z prawdziwą wiedźmą, oczyścić cmentarz ze złej energii. A tak siedziałbym jak ostatnia pierdoła na garnuszku rodziców, zalewając problemy, albo w inny sposób udowadniając sobie, że jeszcze tu jestem i mam kontrolę. Chlałem, paliłem i chciałem nawet zacząć ćpać, bo nic mi nie pomagało. Psycholog tylko pogarszał sprawę, zresztą okazało się, że był podstawiony, aby się mnie jak najszybciej po cichu pozbyć.
– Pewnie ktoś na „Górze” wiedział o potomkach upadłych.
– I tak, i nie, dla nich jesteśmy raczej bez znaczenia, w dodatku jest nas naprawdę mało. Są tacy, którzy pragną zatuszować, że aniołowie kiedykolwiek istnieli i mają ku temu dość szeroko zakrojone plany.
– A po co?
– Tego nie wiem. Prawdopodobnie przeszkadza to im ideologicznie. Jesteśmy niekanoniczni, albo co innego.
Chwilę później Leon dostrzegł Michalinę i pomachał jej ręką. Wykonała ten sam gest, a Artur skinął mając nadzieję, że nikt go wbrew woli jednak nie zechce oskubać. Naprawdę wolałby już dobrowolnie przystać na jakiś stały haracz w tak zacnej sprawie jak oczyszczanie dusz. Jego pióra były cenne dla innych, a jemu samemu ich nadmiar czasami w ręcz doskwierał. Szczególnie gdy trzeba było gdzieś szybko wyjść i po ubraniach pałętały się białe kłębki. Pewnie niematerialni, nie mieli podobnych kłopotów. Ale jako anioł z krwi i kości na co dzień był też z pierza.
– Hej Miśka – powiedział Leon, gdy zbliżyli się na odległość głosu. – Nowy znajomy? A może chętny do zawodu?
– Nie tato, to Artek Anioł… uczy się na ogrodnika. Spotkałam go godzinę temu przy tylnej bramie, zlecili mu udekorować jedną z rodowych mogił, niestety zapomnieli powiedzieć gdzie dokładnie się znajduje. Dzwoniliśmy ode mnie do zakładu, bo jego telefon padł, mamy ogólne pojęcie, gdzie to jest i nazwisko, ale chcieliśmy się sami rozejrzeć, bo dobrze nam się gada.
– Przepraszam, że niepokoję, pierwsze samodzielne zlecenie i trochę się wpakowałem – mruknął zgodzie z prawdą Artur.
Leon tylko zmarszczył brwi i zaśmiał się.
– On mówi prawdę, a ty kłamiesz coraz lepiej, kochana, ćwicz dalej może ci kiedyś uwierzę. Szukacie tego co ja. Gdzieś tu przesącza się energia spod ziemi. Trwa to za długo i nie jest to dobry znak.
– A ty skąd o nas wiesz, co? – wypaliła zdenerwowana Michalina.
– Może i nie lubię ojca twojej matki, ale naprawdę się o ciebie troszczy – zachichotał chytrze jej ojciec.
– Bosz, zabiję go kiedyś. Czy on nie może trzymać języka za zębami?
– Dobrze zrobił. Pomogę wam. Jeszcze chwila, a nasz trup zacznie ściągać losowe dusze i tworzyć nieumarłych. Brown mówił coś o aniołach, a twój plecak promieniuje, więc może jest w nim dość mocy, by coś z tym przeciekiem zrobić. Pokaż co masz.
Wskazał swoim wahadełkiem szalenie wirującym, gdy zbliżało się do przedmiotu. Jej wahadełko z jakiegoś powodu przed chwilą zupełnie straciło werwę. Prawdopodobnie chodziło o moc Artura.
– Ech, no wiedziałam, że tak będzie. – Michalina ściągnęła z ramienia torbę i podała ojcu.
– O najświętsi… pióra stróża?! Ty chyba oskubałaś któregoś do kości. Sąd to masz?
– Eee, od niego… tego ci nie powiedział?
– Ona nie skubała, ja sam oddałem – przewrócił oczami Artur. – Jeszcze w komórce leżą. Jak mało może sobie pan dozbierać. Pozbędziemy się tym tego przecieku, czy nie? Chciałbym dzisiaj wrócić do domu. Z planu wynika, że mam pociąg o dziewiętnastej.
– Nagle marudny się zrobiłeś – szturchnęła go lekko w ramię wiedźma.
– Bo już mieliśmy to kurna zrobić po cichu we dwójkę, sprawa zamknięta, a wie o mnie coraz więcej osób. Ja się do tego nie nadaję, nie umiem utrzymać tajemnic. Chcę z powrotem moją monetę! Niech sobie innych głupich sami cholera szukają, ja to pierdo… – zacisnął pięści i ugryzł się w język, bo chciał powiedzieć więcej, ale powstrzymał gniew. – Na dobre duchy, tu naprawdę coś poważnego jest z aurą! Mogę swobodnie przeklinać i to na poświęconej ziemi… coś wyciąga z ludzi ich najgorsze cechy. O kur…
– Właśnie. E, chłopak jest całkiem do rzeczy jak widzę – zaaprobował nowo poznanego, grabarz.
– Mnie też miło, ale wolałbym wiedzieć jak się za to zabrać – powiedział zniecierpliwiony, tupiąc stopą w ziemię.
– Skoro mamy tego cały worek i sporą przestrzeń do obszukania trzeba to zrobić tak.
Leon wyciągnął naręcze piór.
– Najmniej poleci tam gdzie jest źródło…
– A nie powinno być odwrotnie? – zdziwił się Artur. – Zło przyciągające dobro na zasadzie magnesu? A może raczej wiatr je porwie, albo deszcz zaraz spłucze, to w końcu tylko pióra.
– Miśka, tak szczerze, skąd ty go wzięłaś? Nie wiem co o nim sądzić, coś tam rozumie i naniósł ci świętego materiału, ale nikt go jeszcze podstaw nie nauczył.
– Sam przyszedł, mówił, że musi się dowiedzieć skąd ta zła aura i te anielskie pióra to jego wła…
– Jasne, jakiś samouk, no to słuchaj młody: To są obdarzone mocą jasnej energii pióra anioła stróża, tak? Można dzięki nim wskazać, gdzie znajduje się coś złego – mówił powoli jak do nieco opóźnionego dziecka – Powiedz, jakim cudem sam nie wiesz co miałeś przy sobie?
– Nigdy ich do „czegoś złego” nie używałem, tylko do latania – odpowiedział tak samo złośliwe Artur.
– Z nim wszystko dobrze? – upewnił się Leon.
– Tak tato, jak na anioła, to w porządku.
– Ale ma zupełnie inną aurę niż to, … chyba sobie żartujesz. Jeśli ten młody ma coś w sobie z anioła to co najwyżej jakieś piórko w tyłku. Jestem ekspertem od aniołów, ten dzieciak najwyżej mógł koło swojego stróża przypadkiem stanąć i jakimś cudem wyrwać mu trochę pierza.
– Wypraszam sobie, tam gdzie waszmość wspomina, piórka rosną u elfów i niektórych przemiennych. To częsta pomyłka, taka sama jakbym powiedział, że pan jesteś nekromantą, a nie egzorcystą.
– Uważaj młody, bo się nie polubimy.
– Nie po to tu przyszedłem, taki z pana ekspert jak ze mnie księżniczka smoków – odburknął. – Ma być sztuczka z piórkami to proszę działać.
– Dobra, niech wam będzie. I tak z nieba mi spadliście. To teraz młody patrzy i ucz się, bo zwykle liczy się oszczędność. No, ale skoro ktoś dał ci materiał to grubsza sprawa.
Leon, uśmiechnął się złośliwe do chłopaka i wyrzucił w górę potężny kłąb białego puchu.
Wszelki wiatr ustał, a pomimo deszczu pióra same zaczęły się poruszać ze wschodu na zachód, tworząc coraz większy, wolno opadający między kroplami wody wir. W powietrzu zrobiło się na krótką chwile biało, a potem rześko. Jakby razem z pierzem opadała mgła otulająca wszystko kożuchem, chociaż wcześniej usilnie udawała, że nie istnieje i ludzie mają po prostu słaby wzrok.
– Czuliście? Ach, ta przenikliwa aura oczyszczenia, niesamowite, prawda? Od dziesięcioleci czegoś takiego nie robiłem. – Leon spojrzał na Michalinę i Artura. – Kiedy żył dziadek aniołów było jakby więcej. Teraz tylko, cóż tylko jakieś zabłąkane duszyczki.
– Miło – bąknął Artek przestępując z nogi na nogę, ścisnął mocniej parasol rozłożony nad głową. – Trochę jakby się przejaśniło. Może przestanie padać.
Dziewczynie po raz kolejny włosy zmieniły kolor.
– Powinieneś być z siebie dumny, to naprawdę przyjemne, aura zrobiła się dużo czystsza. – Zwróciła się do chłopaka.
– No, tak, tak… Dobrze, że się przydałem – bez najmniejszej urazy wzruszył ramionami. – Poniosło mnie przed chwilą. Przepraszam za głupotę i cierpkie słowa. To coś jest naprawdę nieobliczalne.
– No jasne, to chodźcie zobaczymy gdzie jest pies pogrzebany – zarządził grabarz. Trafili po chwili na miejsce, gdzie nie leżało ani jedno piórko.
– No i co teraz? – zapytał Artur.
– Przede wszystkim jesteśmy we właściwym miejscu. Połowa sukcesu. Druga połowa, trzeba będzie tu wrócić w nocy i rozkopać groby.
Wskazał na trzy rzędy płyt nagrobnych. Wszystkie były naprawdę stare, niektóre zmurszałe. Z zatartymi tabliczkami.
– Że jak?!
– Normalnie. Myślałeś, że co? Wszystkie jak widzisz są od góry nadal porządnie zapieczętowane. Coś pewnie pękło od dołu. To nie mogły być zwykłe trupy, albo przynajmniej jeden z nich nie był. Podejrzewam ożywieńca, ale takiego skurwiela, co trzymał się życia na tyle by zaszlachtować w walce wszystkich wrogów. Musiała puścić jakaś pieczęć, a dusza nadal siedzi w ciele. Trzeba otworzyć trumnę, bo przez płytę nie da rady. Nie bez powodu są robione z materiałów wygłuszających wszystkie nadnaturalne siły.
– Może lepiej zapytam jeszcze dziadka kogo ogłosili bohaterem w tamtych czasach. Spiszę wszystkie nazwiska i daty – zaproponowała Michalina, na co Leon przystał, choć niechętnie. – No tak, wszystkie sprzed pierwszej wojny i starsze – mruknęła szybko zapełniając notatnik i krzyżykiem z białego korektora zaznaczała płyty gdzie brakowało już danych. – Będzie trochę mniej kopania, ale te i tak sprawdzimy dla zasady – wyjaśniła nadal porządnie wstrząśniętemu Arturowi.
– Dobra chłopaku, jak masz jeszcze trochę piór, to wróć wieczorem, koło dziesiątej. Jak nie masz, też możesz przyjść, przyda ci się trochę ruchu.
Leon poklepał go żartobliwie po ramieniu.
– I zobaczysz kilka rytuałów.
– Powinienem zdać raport, przyjdę – zgodził się stanowczo, choć widać było jak zaczyna zielenieć.
– Masz werwę. Kto wie może z czasem nadasz się nawet na młodszego grabarza i pomocnika egzorcysty. Musisz mi potem powiedzieć skąd wziąłeś te piórka, zaskakująca jakość, dobrze zapłacę. To nie była taka banda dziwaków, z szaloną babą na czele?
– Mówiłem, były moje – uśmiechnął się z przekąsem chłopak, starając zapomnieć co będzie robił za kilka godzin.
– Ale od kogo? To był gołąb? A może rzeczywiście widziałeś jednego z nich?
– Tato przecież ci mówiłam, że Artur… – wtrąciła się Michalina
– Tak zrozumiałem, jeśli nie możesz powiedzieć nie szkodzi. Przynajmniej podziękuj ode mnie temu kto ci je dał. Na pewno je dobrze wykorzystamy.
Po chwili ustalania planu rozeszli się. Artur wyciągnął komórkę i zadzwonił do swojej dziewczyny, że będzie dużo później niż się go spodziewa. Przez dłuższą chwilę zapewniał, że sobie poradzi. Michalina pobiegła do dziadka, a Leon sprawdzić co znajdzie w stacjonarnej komórce. Nie zawiódł się.

– Jak długo jeszcze potrwa zanim znowu będziesz aniołem? – zapytała Michalina, gdy siedzieli na murku, było piąć minut po wpół do dziesiątej.
– Czekolada już nie działa, w zasadzie mogę się zdematerializować w każdej chwili – odparł Artur, wzruszając ramionami.
– A zrobiłbyś to? Dziadek powiedział mi o pewnej technice. Pomyślałam, że jeśli ci ją pokażę potrafiłbyś wyczuć, gdzie jest ten grób.
– Czy ja wiem? Jak już jestem ludzki to jakoś nie od razu ciągnie mnie do duchowej sfery. Czasami lubię od tego odpocząć. Mam teraz o wiele mniej na głowie. Myśli płyną wolniej, prawie jak we śnie, bo każda musi przejść przez ducha do materii. To zabawne, wiesz? W tym stanie nie nadążyłbym sam za sobą.
– A jak obiecam, że nie będziesz musiał grzebać w ziemi? Przysługa za przysługę.
– Już raz dzisiaj zwracałem brokatem, byłbym wdzięczny.
– Że co?
– Ech, myślę, że to tak jak z piórami. Wszystko co jest we mnie jest też trochę „magiczne”. Nawet zawartość żołądka.
– Ale co ma do tego brokat?
– Zajrzyj do łazienki, pewnie jeszcze coś znajdziesz.
Michalina zaczęła się wpatrywać w Artura morderczym wzrokiem.
– Przepraszam – szepnął. – Nie mam na to wpływu. Jak byłem zwykłym człowiekiem to nic mnie nie ruszało. Żadne flaki, krew, ani robaki, a teraz zobaczę pasztet z galaretą i wszystko stoi mi w gardle. Jeśli akurat przed chwilą czegoś nie jadłem, to rzygam tęczą. Nie pytaj o inne rzeczy związane z łazienką.
– Porąbany jesteś.
– Wiem.
– To znaczy, że dwójeczka…
– Nie pytaj!

Nadeszła umówiona godzina, a grabarz zjawił się całe dwie minuty wcześniej z łopatami, wielką gromnicą, latarką ochroniarską i jakimiś książkami.
Z razu nie zobaczył nikogo więc wydało mu się, że musi zaczekać na córkę i interesanta od piórek. Był przekonany, że chłopak się nie pojawi.
Potem jeden z posągów na płocie jakby zaczął błyszczeć poruszył się i zeskoczył na ziemię zamiatając nieco kurzu skrzydłami.
– Masz coś?
– Nie wiem, nadal nic nie czuję. Po „odanieleniu” zdolności wracają stopniowo – odparł „posąg”, zakładając koszulę.
– Miałeś to zrobić powoli, tak jak ćwiczyliśmy, dwa kółeczka – nadąsała się Michalina.
– To naprawdę bez sensu zimno jest – mruknął z lekkim uśmiechem. – Chyba wolę kopać niż tu sterczeć w samych spodniach – stwierdził posąg, nim założył płaszcz nakrył się na chwilę białym puchem.
– Michalina coś ty znowu wymyśliła, mówiłem ci ze nie wolno animować tych aniołów! – warknął Leon.
– Tato, to Artur, nie poznajesz?
– A niech mnie… ale przecież on był taki nieduży, grubawy… a ten, a ten… niech mnie…
Leon miał otwarte usta, zupełnie jak mały chłopiec, który dostał wymarzony prezent na święta.
– Nie do wiary… stróż… na brodę dziadka Staszka… stróż jak malowany!
– Mówiłam – westchnęła zadowolona z siebie Michalina.
Artur, zapiął już płaszcz i zaczął upychać platynowo-złote pukle pod kapeluszem, potem otworzył parasol.
– Miśka, on tak naprawdę, po prostu. Przyszedł do ciebie i tak normalnie?! I co? I teraz on tu jest naprawdę?
– No tak. Pomyślałam, że się ucieszysz jak znajdziemy ten grób, przy pomocy anioła.
– Ty, znaczy pan… ja… wariuję prawda? – Leon postukał się w głowę łopatą i wydawało się, że za chwile zacznie skakać ze szczęścia. – Zawsze chciałem, zawsze… to znaczy… panie aniele…
Chłopak uśmiechnął nieco skrępowany.
– Po prostu Artur. Nie chciałbym przeszkadzać w tym co pan teraz robi, ale mieliśmy kopać.
– Wybacz moje zachowanie, ja sądziłem, że prawdziwi stróże już się nie pojawiają.
– To dłuższa historia i osobiście znam tylko jeszcze jedną osobę taką samą jak ja. Mam szczerą nadzieję, że oszczędzi pan jednak nasze biedne skrzydła.
– Ja tylko, znaczy… rozumiesz, rozumie pan… jak była okazja, ale tamci nadęte bufony… ani jednego podarować, sprzedać też nie chcieli i tak jakoś wyszło. Zaraz potem i tak się zdematerializował. Michalinka widziałaś to, prawda? No powiedz panu aniołowi.
– Widziałam i do tej pory nie wiem jak on ci się w ogóle wyrwał. Ten tutaj jest chętniejszy do współpracy. Myślałam, że się domyśliłeś od razu jak zobaczyłeś mój plecak. A potem się okazało, że nie… hehe.
– Bo tamten chłopak był mały i wredny… naprawdę… na wszystkie świętości. Przepraszam, że wziąłem pana za człowieka, to nie tak miało wyglądać. Jezu, nie tak się ze stróżem rozmawia.
– Opanuj się tato – potrząsnęła nim wiedźma. – Artur, jest w połowie człowiekiem spokojne no.
– Ale ja od małego miałem nadzieję… to on jest, czy nie jest?
– Jest, to syn upadłej i jakiegoś faceta. Tato, otrząśnij się. Widziałeś co mogą jego piórka.
Michalina jeszcze nie widziała ojca w stanie, gdy miał problem ze skleceniem poprawnego zdania, chyba pierwszy raz w życiu musiała nim ruszyć by wyszedł z szoku.
Leon grzebał ludzi, walczył z niepokornymi duchami i znał się na amuletach jak nikt inny, ale wspomnienie o aniołach przyprawiało go o zawrót głowy. Niemal za każdym razem. Teraz widział jednego z najrzadszych, (w jego opinii) przedstawicieli posłańców niebios. Spełniło się jedno z jego marzeń, lecz wyszedł przy tym na ignoranta.
– Proszę, was moi drodzy. Przestańcie, bo to się robi śmieszne – Artur zwinął parasol i wszedł między córkę, a ojca, uśmiechając się – Mogę się znowu zmienić w człowieka jeśli to pomoże, ale chciałbym mieć to kopanie w grobach za sobą. Dziękuję.
Oboje popatrzyli na niego jakoś niechętnie, bo położył im ręce na ramionach i znów zaczął emitować białe światło.
– E… przepraszam, to przez emocje. Wszyscy się denerwujemy, to zrozumiałe, prawda? Ale znajdziemy co trzeba i zabezpieczymy.
Zgasł powoli, obejmując się rękoma założonymi na klatce piersiowej. Zatrzymał wzrok w jednym miejscu i stał chwilę kołysząc się lekko.
– Artek coś się dzieje?
– Obudziło się. Czuję, który to grób, nie wiem jak, ale czuję, tam dwa rzędy przed nami. Jest w nim pełno czegoś starego i bardzo, ale to bardzo chce się wydostać. Myślę, że nie powinniśmy tego ruszać dzisiaj w nocy. To mnie czuje… wie, że tu jestem. O nie! Nie wiem co sobie myślisz, ale nie dam ci tak po prostu wyjść! To nie jest twój świat!
Krzyknął nagle i z impetem ruszył przed siebie.
– Zaczekaj – zawołała, biegnąc za nim wiedźma, a jej ojciec zaczął gonić za obojgiem.
Artur ściskając w dłoni parasol kreślił nim coś w powietrzu. Parasol zmienił się w coś na kształt laski, która zaczęła świecić razem z aniołem. Po chwili Michalina dostrzegła, że to nie laska, a wąski „miecz”. Symbole zawisały na chwilę i wolno opadały na ziemię rozbijając się o nią falami błękitno-białego światła.
– Assam, nar – szeptał anioł – W spokoju duszy i ciała, w spokoju świętym, gloria i jasność, i śmierć, i odrodzenie w duchu. Ja przez imię Elio pierwszego władcy….
Miecz, przeszył kamień zakrywający trumnę.
– Michalina teraz – nakazał spokojnie i władczo – Energia jest zapieczętowana, możesz działać, oczyść to, co przejdzie przez lancę.
Odsunął się na kilka kroków, ponownie recytując coś w obcym języku.
Ponad rękojeść zaczęła się wydostawać niewielką fontanną zielono-fioletowa flegma. Leon wyciągnął jakiegoś rodzaju amulet z piór i pajęczyn, rzucił go córce. Ona złapała wyciągnęła też coś ze swojej kieszeni. Wyglądało jak długi, gruby patyk okuty wzorem z jasnego metalu w kształcie gwiazdy Dawida.
Zaczęła bardzo cicho intonować psalm i zakreślać okręgi amuletem pisząc kijkiem własne symbole.
Dla obserwatora z zewnątrz wyglądało by to jak dziwny rytuał nad grobem, on prawdopodobnie nie widziałby świateł, ani przesączającej się ciemnej antymaterii. Nie wiedział ich strażnik miejski przechodzący obok cmentarza, ale usłyszał głosy.
Michalina jeszcze nigdy nie robiła czegoś takiego. W „plazmie” znajdowały się setki umartwionych dusz. Stary grób był pułapką przechwytującą każdą natrafiającą się iskierkę życia.
– Tato to nie ożywieniec – krzyknęła. – To inny rodzaj energii!
Znad ziemi ku niebu począł się wznosić cienisty kształt. Najpierw wielkości dużego psa, potem człowieka, wydawało się, że blask „światełek” ciągnie ku niemu. Po chwili przybrał kształt i wielkość cmentarnej bramy. Dziewczyna wystraszyła się nie na żarty.
– Nie wiem z czym mamy do czynienia, wygląda jak jakiś pożeracz!
– Mówiłem, że zbiera dusze! – wykrzyknął tryumfalnie Leon.
– Nie wiem z czego się cieszysz! Sami nie damy mu rady!
– Nie bój się, nie dam mu uciec, nie dopóki żyję, to musi być pod kontrolą – powiedział Artur. Jego skrzydła wyrwały się spod ubrań, rozłożyły szeroko, zapłonęły bardzo jasnym ogniem i zaczęły przybierać niebieskawy odcień.
– Ja… nie… – szepnął Leon. – To przecież nie tylko stróż, to jeden z aniołów wojny… Obrońca… O na niebiosa… więc oni też istnieją! Dziadek mówił prawdę! Ha!
Fontanna przybierała na sile, choć część z tego co wypływało zmieniło się już w migoczący pył oczyszczeniu nie widać było końca.
– Co to takiego?! – zapytała Michalina pomiędzy inklinacjami.
– O Jezu Chryste! – wyrwało się strażnikowi, który właśnie przybiegł na miejsce – Co wy tu do jasnej Anielki wyprawiacie? Co to, jakiś film?
– Nie proszę pana, jestem grabarzem – mruknął Leon. – Pan chce się uczyć zawodu?
– Jakiego znowu zawodu?
– No egzorcysty.
– Ja raczej nie… muszę to zgłosić! To naruszenie! – mężczyzna zaczął sięgać po telefon.
– No jak nie, to dobrej nocy.
Człowiek, jeszcze zanim odblokował urządzenie, oberwał w potylicę szpadlem. Poleciał nosem do przodu i wylądował w trawie idealnie między płytami.
– Nadal mam cela – podsumował Leon. – Pośpieszcie się, bo zleci się ich więcej!
– Nie ja się opierdalam! – krzyknęła Michalina.
Skrzydła Anioła były już ciemnobłękitne, a po czole spływał mu pot. Wielki cień zdawał się nadal rosnąć i pochłaniać wszystko wokół siebie.
– Dziewczyno, głośniej! Inkantuj głośniej! – Artur zwrócił się do ostro do Michaliny.
– Nie mogę. To jakiś potężny duch!
– Tak, to brama wymiarów obdarzona intelektem, ktoś infekował nią trupa przynajmniej pół wieku temu! Pewnie nawet jeszcze za życia. Dojrzewała na jego duszy. Muszę zaryzykować, poradzicie sobie z tym co zostanie?
– Będziemy musieli – odpowiedziała Michalina.
Wzniósł wysoko dłonie, zaczął coś wyśpiewywać, sam jeden tworząc chór, a nad nimi między chmurami pojawiła się jaśniejsza przestrzeń. Ów okrąg zaczął się zniżać wolno, aż do czubka rękojeści lancy plazma dotykająca go natychmiast zmieniała się w migotliwe drgania powietrza. Gdy sięgnął ziemi i rozpływającej się po niej substancji, ustały światła, a moc wtopiła się w podłoże. Nagły wybuch mocy prawie zwalił ich z nóg. Dłonie Artura drżały, a po czole strugami spływał mu pot. Zacisnął mocno zęby. Obrzydliwa maź przestała się rozlewać po ziemi, na jej powierzchni zaczęły wybuchać małe bąble. Strugi substancji zaczęły się wić i bić ziemię wokół niczym obcięte macki ośmiornicy, albo gadzie ogony. Na moment z głębi masy wydobył się przerażający dźwięk, coś jakby skrzek połączony z wyciem z bólu. Na jej powierzchni nie dłużej niż przez sekundę widniał wyraźny kształt zdeformowanej twarzy z szeroko otwartymi ustami. Po chwili maź zaczęła gwałtownie parować, po skażeniu została tylko brudna trawa i ziemia, jakby obryzgana smołą. Te ślady również zniknęły, ostatnie krople skażonej mazi przestały istnieć.

Anielski chłopak wyciągnął miecz z kamienia, zrobił dwa kroki i zemdlał. Cmentarnicy zebrali go z ziemi, przez chwilę czekali, czy z grobu rzeczywiście nie wstanie jakiś wąpierz, albo inny ponurnik, lecz atmosfera była rześka i czysta jak po letnim deszczu. A sam cmentarz cichy, migoczący dopalającymi się zniczami.

– Przydało by się więcej takich jak on, nie do wiary, że tu tak po prostu jest… Miśka czułaś jak go nieśliśmy, taki wysoki, a prawie nic nie ważył – szeptał Leon, spoglądając na śpiącego Artura. Ułożyli chłopaka w jednym z wolnych pokoi swojego domu. Jego ciekawska opiekunka przyglądała się z bliska młodemu bohaterowi. Nawet próbowała go poszturchiwać, ale ręka zatrzymywała się na kilka centymetrów od śpiącego, co szybko ją zniechęciło.
Leon sięgnął po butelkę wody i niby ukradkiem zahaczył o skrzydło stróża.
Michalina badała w tej samej chwili linie na wnętrzu jego dłoni. Ukradkiem trzepnęła w ramię grabarza.
– Ej tatuś nie dotykaj.
– Widziałaś, znowu są białe. Wezmę tylko jedno na pamiątkę. Takie piękne…
– Mówiłam, że jak poprosisz sam odda, dobrowolnie więc będę lepsze, prawda? Chcesz sobie napytać biedy? Dobrze wiesz, kto go przysłał. Jeśli nie jest z nieba, może być tylko od naszej krajowej „przyjacielskiej” menażerii. Zostaw go, a najlepiej przynieś mu jakąś koszule, albo sweter, przecież nie wróci tak do domu.
Minęło kila godzin zanim Artur poruszył się, usiadł gwałtownie i przetarł oczy.
– Co jest? – zapytał, widząc zatroskaną twarz Michaliny.
– Miałam właśnie zapytać, jak się czujesz? To było epickie. Widziałam jak ten skurwiel co tam siedział na sam koniec popłakał się z bólu!
– Znaczy, że już po nim? Co się z nim stało?
– Nie wiesz? Wpakowałeś się w tamten grób na pełnej parze!
– To dokopaliśmy się do czegoś?
– Czyli ty kompletnie nie pamiętasz.
– Nie bardzo, usłyszałem jakiś głos. Wiem, że się zdenerwowałem, tak naprawdę… że… mnie teraz gardło boli, ale po prostu nie…
– Zdarzało ci się to wcześniej? – zapytał Leon.
– Nie wiem, raczej nie, ja naprawdę dopiero się uczę, co powinienem, a czego lepiej nie.
Michalina powiedziała chłopakowi co się stało. Został na noc, a rano odprowadzała go na pobliski przystanek autobusu.
– Nie umiem sobie wyobrazić, że to wszystko zrobiłem – westchnął jeszcze raz. – Muszę zapytać kogoś, o co chodziło.
– No trudno. Ważne, że wtedy widziałeś jak się zachować. Jeśli chcesz, to serio możesz wpadać częściej, dziewczynę też przyprowadź. Chętnie ją poznam, będzie tu w okolicy jeszcze parę takich min do zdetonowania.
– A co zrobiliście z tym strażnikiem, który dostał w głowę – zapytał zatroskany, myśląc o nieszczęśniku z nabitym guzem.
– Nie pierwszy, nie ostatni, tata załatwi sprawę jak zwykle.
– Czyli jak?
– Ktoś go znajdzie, pod monopolowym.
Podała Arturowi futerał na gitarę.
– To jest ten twój miecz, czy coś tam z parasola. Tata chciał go sobie zachować, ale to twoja magia i on tak nie wiedziałby jak używać. Wole nie myśleć co zrobiłby z nim dziadek Brown. Jak widziałeś ma fisia na punkcie artefaktów. Pewnie znajdziesz na to jakieś bezpieczniejsze miejsce.
– Zauważyłem, że twój dziadek lubi ciekawostki, na przykład ten śmieszny wiatraczek z drewna i brązu na oknie. Nie wiem jak on z tym może wytrzymać. Uroczy, ale od razu doprowadziłby mnie do szału, gdybym akurat był w ludzkiej formie. Klik, klak, klik, klak i tak cały czas.
– Dokładnie cały czas, bo to jest perpetuum mobile. Stoi tam odkąd pamiętam. Dziadek mówił, że nie raz je zatrzymywał. Jego też już wkurza, ale samo rusza dalej i tak sobie klika.
– Kurcze, a myślałem, że to tylko legenda.
– Jak anioły i duchy, pożeracze dusz, wampiry, magia i wszystko inne co nie? Pewnie nawet nie zauważyłeś.
– Ale czego?
– Hehe, dziadek Brown jest zjawą.
– Że czym?!
– Duszą, która zmaterializowała sobie ciało. Umarł przeszło cztery lata temu. Nie częsty przypadek podobnie jak ty. Śmiertelny Aniele.
– Rany wiem co to zjawa! Tylko się zdziwiłem – mruknął niepocieszony Artur. – Ci w niebie nie ucieszą się z tego, he, he. – Zacisnął dłoń na futerale. Coś błysnęło mu w oczach i spoważniał. Wiedźma wyczuła zmianę w postawie, tak samo jak wczoraj w nocy nagle przestał być miłym, zagubionym chłopaczkiem, na rzecz antycznej, wszechwiedzącej istoty. Nie była to różnica, którą można naturalnie wychwycić wzrokiem, a taka, która sprawia, że ma się ciarki.
– Pokazałem ze swojej strony stanowczo za dużo, więc jeśli możesz zatrzymaj to w sekrecie i przypilnuj ojca. W zamian odpowiem na jedno twoje pytanie dotyczące „światła”.
– To hojna oferta, a ty w żaden sposób nie sprawdzisz, czy dotrzymam swojej części umowy, jeśli się na to zgodzę – postanowiła zagrać szczerością dziewczyna.
– To proste – Szturchnął ją lekko palcem w środek klatki piersiowej. – Jesteś cienistą duszą, nie złamiesz danego słowa, bo sama jesteś słowem. Zadaj pytanie, które cię nurtuje, ale tylko jedno. Jeśli zbyt długo będę pozostawał w pełni świadomy popsuję sobie zabawę w ziemskie życie.
– No dobrze, ale jestem przede wszystkim człowiekiem. Mogę zrobić co mi się podoba.
Anioł zaśmiał się cicho.
– Tak. Ja też. Dzisiaj i w tej chwili. Gdybyś jakimś sposobem dostrzegała to samo co ja, wiedziałabyś też dlaczego potrafię ci bezkrytycznie zaufać. Wiesz, że wszystko ma znaczenie tylko przez chwilę.
– A później? Co się dzieje później, gdy już wszystko przestaje mieć dla nas znaczenie?
– Widziałem jak powstają dusze, jak tworzy się je i niszczy, ustawia na półkach niczym eksponaty w słojach, komu i do czego służą. Wiem, że w którymś momencie staniemy się przedmiotami. Pamiątką z podróży, przydatnym narzędziem, ozdobą na czyjejś szyi. Jeśli tego nie chcesz spraw, żeby każda chwila miała znaczenie. Pragnij, mała marionetko, głęboko w najciemniejszym zakamarku serca zachowaj najcenniejsze źródło motywacji. Ono w odpowiedniej chwili odda ci przysługę.
– To znaczy… Mówisz, że dusze jednak nie są wieczne?
– Nic nie jest, ale można próbować – uśmiechnął się z pewnym żalem. – Każdej można dać drugą szansę. Pewnie już o tym wiesz. – Razem z rozpogodzeniem na twarzy Artura przebłysk pełnej świadomości zniknął. – A ten miałem ci dać mój numer…
– Dzięki, odezwę się.

Artur wsiadł w bus i pomachał Michalinie na pożegnanie. Dziewczyna stała jeszcze długą chwilę, obracając w dłoniach jedno z jego piór.
„Dziwny gość, ale sympatyczny, jak ci wszyscy Przyjaciele… cóż. Do następnego panie Obrońco.” pomyślała z małym żalem.
Jej rodzina była od zarania dziejów niezwykła, wszyscy posiadali jakieś moce. Ich dusze pochodziły z Cienia Słów i formalnie nigdy nie stanowiły części Matki. Wciąż i wciąż przechodząc z rodziców, lub dziadków na dzieci. Druidzi, szamani, cmentarnicy. Trzymały się kurczowo jednej linii krwi. Podążały tropem śmierci dzieci Matki wszystkich istnień, lecz o dziwo nigdy jako wrogowie. Byli jakby odbiciem, cieniem ich światła. Zapomnianym konstruktem, a może zwykłym prototypem. Anioł musiał to wyczuć i mu nie przeszkadzało. W końcu tutaj wszyscy „świadomi” byli poniekąd ludźmi. I pochodzenie ducha nie miało takiego znaczenia. Kiedyś Cienie miały ten zapomniany światek wyłącznie dla siebie, czasy się zmieniły, rozproszyli się stracili kontakt. Może stało się to o czym wspomniał Artur, stracili nadzieję i odeszli w niepamięć. Czy może tkwią teraz w czyjejś kolekcji? Musi powiedzieć ojcu i jakoś ostrzec mamę.

Chłopak siedząc w autobusie ściskał pokrowiec. Trochę żałował, że nie skorzystał z samochodu. Nawet jeśli ledwie się do niego mieścił. Nie lubił komunikacji miejskiej. Odpiął nieco lancę, była w całości wykonana ze srebrno-błękitnego metalu. W rękojeść wtopiły się błękitne kamienie. Okrągłe, gładkie ostrze, zakończone ostrym końcem, zdobiły niezrozumiałe dla Artura symbole. A jeszcze wczoraj był to zwykły niebieski parasol. Ech, magia.
– Nie nadaje się do cięcia – mruknął. – Można tym tylko kogoś dźgnąć. Śmieszne. – Przejrzał się w rękojeści i przybliżył ją do twarzy. Nie był nawet pewny jakiego rodzaju to broń. – To jak powiesz mi coś? – zaśmiał się pod nosem.
– Uwięziłeś… mnieeee… zdrajcaaaaa– zajęczało ostrze.
Artur natychmiast zapiął pokrowiec.
– O kurwa – zaklął i zakrył usta dłonią.