Opowiadanie: Drugi etat

Opowiadanie: Drugi etat

Autor: Emil Zawadzki

Opowiadanie wyróżnione w konkursie na blogu Hipogryf.pl

John Smith miał paskudny dzień. Przede wszystkim nie wyspał się w nocy i od samego był bardzo zmęczony. W drodze do pracy utknął w ogromnym korku, przez co spóźnił się o ponad godzinę i musiał wysłuchać długiej tyrady szefa. A gdyby tego jeszcze było mało, to w ciągu dnia dowiedział się o śmierci swojej ukochanej babci.
Biorąc to wszystko pod uwagę, można zrozumieć chwilę rozkojarzenia, która mogła wiele go kosztować po wyjściu z pracy. Żeby dostać się na firmowy parking, John musiał przejść obok nowo powstającego wieżowca. Pech chciał, że właśnie wtedy, kiedy John przechodził obok, jeden z pracowników przebywających na ostatnim piętrze budowy poślizgnął się, przez co upuścił wiadro z betonem. Nietypowy pocisk pomknął w dół, wprost na głowę przechodzącego nieopodal, zamyślonego Johna. Ostrzegawcze okrzyki z góry nic nie dały, John Smith myślami był gdzieś bardzo daleko. Chwilę przed uderzeniem mężczyzna poczuł, jak ktoś popycha go mocno do tyłu. Upadł na chodnik kilka metrów dalej, na ułamek sekundy przed tym, jak wiadro z betonem huknęło o ziemię. Mężczyzna zerwał się na nogi, otrzepując spodnie ubrudzone świeżym betonem. Rozejrzał się dookoła dość nieporadnie, po czym spojrzał w górę, w stronę wieżowca.
– Chyba jednak ktoś czuwa nade mną tam na górze… – szepnął sam do siebie, po czym ruszył w dalszą drogę do samochodu, omijając szerokim łukiem miejsce katastrofy. Uznał, że to jakiś niezwykle silny powiew wiatru ocalił go przed utratą życia.


John nie widział lśniącej, skrzydlatej postaci, która odleciała z miejsca zdarzenia, z szerokim uśmiechem na ustach. Azros, bo tak miał na imię ów anioł stróż, był pracownikiem średniego szczebla w niebiańskiej korporacji. Azros wypełnił właśnie ostatnie zadanie ze swojej dzisiejszej listy. Przez cały dzień krążył po świecie, chroniąc konkretnych ludzi przed różnego rodzaju niebezpieczeństwami. Ratował nieszczęśników właśnie takich jak John Smith, którego jeszcze nie oczekiwano w raju.
To niebiański tajny wywiad wykrywał, na kogo uwzięły się ciemne moce i kogo w związku z tym trzeba było danego dnia ochraniać. Gdyby to była śmierć czysto przypadkowa, to wszystko byłoby w porządku, ale jeśli w wypadek zamieszane były potencjalnie jakieś mroczne moce, to już diametralnie zmieniało sytuację. Nie była to praca łatwa. Azros każdego dnia musiał latać między kontynentami, śpiesząc się, by być we właściwym miejscu o właściwym czasie. Niestety, nie zawsze mu się udawało, a to od pozytywnych rezultatów zależała jego miesięczna premia.
Szczególnie teraz premia przydałaby się biednemu aniołowi, bo Azros nie miał ostatnio łatwego życia. Czynsz w niebiańskich apartamentach stale rósł, w miarę jak przybywało zmarłych, a jego żona, Aldea, dopiero co urodziła im syna, małe anielątko. O podwyżce nie było mowy, a awans w niebiańskiej korporacji był niezwykle trudny. Azros harował od świtu do nocy, a i tak razem z żoną ledwie wiązali koniec z końcem.
Rozmyślając o swym marnym losie, anioł z wielkim pędem przebił barierę z chmur, trafiając na niebiańskie Pola Elizejskie. Niegdyś piękne, pełne wolnych przestrzeni miejsce, teraz wypełnione było nijakimi, szarymi drapaczami chmur. Dusz w niebie ciągle przybywało, a Wielki Szef ledwie nadążał z tworzeniem nowych mieszkań. Azros przemknął między wieżowcami, po drodze mijając kilku innych aniołów i pozdrawiając paru świętych.
W końcu Azros dotarł do swojego malutkiego mieszkanka, na trzysta dwudziestym drugim piętrze największego wieżowca przy alei Arki Noego. Zaletą posiadania skrzydeł było to, że nie musiał korzystać z windy, która psuła się zdecydowanie zbyt często jak na niebo.
– Aldea? Wróciłem… – oznajmił z wyraźną nutką zmęczenia w głosie, po tym, gdy wleciał już przez okno do środka. W niewielkim salonie czekała na niego piękna anielica, trzymająca w ramionach ich dziecko. Była bardzo zła.
– Znowu robiłeś nadgodziny! – powiedziała z wyrzutem, patrząc na niego złowrogo – Twojemu synowi wyrosły dziś pierwsze pióra na plecach, a ty to przegapiłeś! Wracasz tu prawie o dwudziestej drugiej i oznajmiasz wspaniałomyślnie, że wróciłeś!
– Co?! Jest już tak późno?! Przecież o dwudziestej trzeciej zaczynam nocną zmianę w drugiej pracy! Muszę się za chwilę zbierać…
– Azros! – Aldea tupnęła nogą i spiorunowała męża wzrokiem – Prawie już nie bywasz w domu! Nawet anioły muszą spać kilka godzin raz na kilka tygodni! Przysięgam, że jeśli kiedykolwiek zalegalizują w niebie rozwody, to ja pierwsza zgłoszę się, żeby wypróbować ten ziemski wynalazek!
– Aldea… – anioł podszedł do żony powoli, pochylił ku niej swoje świetliste oblicze. Spojrzał czule na swojego syna. Anielątko wyglądało jeszcze zupełnie jak ludzkie dziecko – Nie mam innego wyjścia, za mało mi płacą w niebiańskiej korporacji. Co innego mam zrobić?

– Mówiłam ci wiele razy, że możemy przeprowadzić się na przedmieścia, do moich rodziców!
– Nigdy! – Azros odsunął się od żony gwałtownie, niczym poparzony – Nigdy już z nimi nie zamieszkam, nie zniosę ich łaski! Już wolę ryzykować na drugim etacie.
– Do czasu aż cię na tym przyłapią – odpowiedziała Aldea gorzko. Jej synek się obudził i zaczął łkać cicho, więc anielica zaczęła go kołysać i uspokajać szeptem. Kiedy skończyła, jej męża już nie było w mieszkaniu. Odleciał przez okno do drugiej pracy.
Azros mknął przez niebiańskie światy, niesiony boskimi prądami powietrznymi w stronę granicy rajskiej krainy. Dalej rozciągały się ponure, szare równiny czyśćca, w których tłoczyły się miliardy pokutujących dusz. Aż strach pomyśleć co będzie, gdy i oni trafią kiedyś do nieba. Za czyśćcem majaczyły w oddali posępne góry Tartaru, granica piekła. Azros nie uważał się za złego anioła. Czuł się po prostu przyparty do muru. Dla dobra rodziny musiał podjąć pracę, którą większość aniołów pogardzała. Za dnia był oddanym pracownikiem niebiańskiej korporacji, natomiast nocą odwalał robotę diabła. Wszystko, byleby zapewnić godziwy byt swojej rodzinie. Czasy, gdy każdy anioł był uosobieniem wszelkich cnót dawno już odeszły w niepamięć.
Gdy Azros dotarł już do krańca czyśćcowych równin, dostrzegł tajemniczą, odzianą w czarne szaty postać. Postać stała u podnóża demonicznych gór. Anioł zniżył lot, skupił się na tym, aby przygasić swój wrodzony, niebiański blask, po czym wylądował miękko tuż obok zakapturzonego osobnika. Po zetknięciu stóp ze żwirem przeklętych ziemi poczuł lekkie oparzenie.
– Sss… Spóźniłeś się… – sycząc oznajmiła odziana na czarno postać – Pieprzone anioły, macie się za lepszych od nas?!
– Spokojnie Belzebubie, przecież jestem – odpowiedział szeptem Azros, po czym uklęknął przed demonem na jedno kolano. To niestety była konieczność. Mieszkańcy piekła byli wielkimi tradycjonalistami i w kontaktach z nimi należało przestrzegać ściśle określonej etykiety. Nawet pracując u nich na czarno, Azros musiał zachowywać się tak, jak zatrudniony na umowę o pracę demon. – Co mogę dziś dla ciebie uczynić, mistrzu?
Oczy demona błysnęły krótkim czerwonym blaskiem, widocznym wyraźnie mimo panujących wokół ciemności. Belzebub był zadowolony i podekscytowany.
– Spodoba ci się dzisiejsze zadanie! Jest pewien człowiek, którego od dłuższego czasu mamy już na oku. Zależy nam na tym, żeby umarł teraz, póki jego bilans moralny wypada na korzyść piekła. Niestety, niebiańskie wypierdki ciągle ratują go przed śmiercią, żeby dać mu szansę na odpokutowanie grzechów. Zajmiesz się tym?
– Podaj imię mistrzu… – wycedził przez zaciśnięte zęby Azros. Belzebub podszedł do niego i położył na jego złocistych lokach anioła swoją ciężką, wyposażoną w wielkie szpony dłoń.
– John Smith z Chicago! Sss… – demon telepatycznie przekazał aniołowi dokładny rysopis mężczyzny, który był celem.
Azros zerwał się na równe nogi, odpychając dłoń demona z obrzydzeniem. W szponach Belzebuba zostało kilka gwałtownie wyrwanych, złotych włosów.
– Nienawidzę cię Belzebubie! – wykrzyczał Azros w rozpaczy. Czyżby naprawdę miał pozbawić życia człowieka, którego jeszcze tego samego dnia uratował? Oczy demona ponownie rozbłysły na czerwono. Anioł zapomniał, że deklaracja nienawiści była w piekle uważana za komplement. Azros nastroszył pióra złowrogo i uniósł skrzydła. To z kolei była to bojowa postawa aniołów, wyrażała wrogość i gotowość do ataku. Demon nie mógł już mieć wątpliwości co do intencji skrzydlatego pracownika.
– Sss… Chcesz tych pieniędzy czy nie?! – zapytał Belzebub, po czym wyciągnął z kieszeni płaszcza pękaty woreczek z monetami, pomachał nim przed aniołem i schował go z powrotem – To wykonaj zadanie! Ale już!
Anioł warknął złowrogo, ale w porę udało mu się uspokoić. Kolejna zniewaga, którą musiał znieść dla dobra rodziny. Obrócił się plecami do demona i pomknął w górę. Piekielne prądy powietrzne skierowały go do świata ludzi, do Chicago, gdzie mieszkał John Smith.
Belzebub obserwował lot anioła, chichocząc przy tym niczym obłąkaniec. Im więcej cierpienia sprawiał aniołowi, tym więcej radości sam odczuwał. Obrócił się w stronę ponurych szczytów Tartaru i mamrocząc pod nosem ruszył w ich stronę.
– Głupiutkie anioły. Ale cholernie płodne, rozmnażają się jak króliki. Ach, gdyby tylko demonów było równie dużo, to nie musiałbym się wysługiwać tymi latającymi gnidami…
Ani Belzebub, ani Azros nie mieli pojęcia, że ze szczytu najbliższej góry ktoś przyglądał się ich spotkaniu. Ukrywając się przed ich wzrokiem za pomocą silnego zaklęcia niewidzialności, wzmocniwszy zmysł słuchu kolejnym zaklęciem, archanioł Gabriel przysłuchiwał się całej ich rozmowie. Gdy demon zniknął już w swojej mrocznej jaskini, archanioł rozproszył zaklęcie niewidzialności i ruszył śladem Azrosa. Wewnętrzny blask archanioła rozświetlał ponure, szare niebo czyśćca niczym słońce. U jego pasa uczepiony był płomienny miecz, a jego żar miał już wkrótce ugodzić w pomniejszego anioła, który najwyraźniej grał na dwa fronty. Gabriel był ucieleśnieniem gniewu boskiego, najlepszym śledczym tropiącym spiski piekielne.


John Smith leżał już w łóżku i spał głębokim snem, kiedy okno do jego mieszkania uchyliło się samo, a do środka bezszelestnie wleciał Azros. Anioł nie był zadowolony ze swojego zadania. Na początku, w ramach pracy dorywczej zaledwie dręczył ludzi nocami, zsyłał na nich koszmary i nie dawał im się wysypiać. Niestety, im dłużej grał w tą grę, tym bardziej zaciskał sobie pętlę wokół szyi. Już nie raz Belzebub groził, że doniesie na niego w niebie. Teraz Azros nie miał już wyjścia, musiał pracować dla demona dalej, za każdym razem dokonując w jego imieniu coraz to bardziej paskudnych czynów. Pocieszał się tym, że dzięki temu zapewniał godziwy byt swojej rodzinie.
Anioł podszedł powoli do łóżka Johna Smitha i spojrzał na niego z politowaniem. Powoli zbliżył swoje białe jak śnieg dłonie do szyi śpiącego mężczyzny.
– Wybacz mi… – wyszeptał i zacisnął palce na gardle Johna. Mężczyzna wierzgnął i otworzył oczy szeroko. Nie widział co go dopadło, anioły miały wrodzony dar do ukrywania się przed wzrokiem śmiertelników. John zaczął młócić rękami na około, charcząc i ledwo łapiąc powietrze w płuca. Nagle, kiedy tracił już świadomość, kątem oka dostrzegł jakiś błysk w oknie i uścisk na jego szyi zelżał. Mężczyzna opadł na poduszkę bezsilnie.
To archanioł Gabriel dotarł na miejsce i z rozpędu odrzucił Azrosa od biednego człowieka. Obie skrzydlate istoty uderzyły o ścianę mieszkania tak mocno, że aż obrazy pospadały na podłogę.
– Azrosie! Mocą nadaną mi przez naszego Stwórcę nakazuję ci opamiętać się i udać się ze mną do nieba! Czeka cię proces! – głos archanioła był dźwięczny i czysty, emanował potęgą i dostojeństwem.
– Nie! To nie tak! – Azros rozpaczliwie rozejrzał się wokół siebie, szukając drogi ucieczki. Miał niewielkie szanse. Gabriel był od niego silniejszy i szybszy – Pozwól mi wytłumaczyć!
– Ty gnido! Zakało niebiańskiego rodu! Smażył się będziesz w ogniach piekielnych za zbrodnię, której chciałeś dokonać!
Archanioł wyciągnął przed siebie dłoń i niebiańskim blaskiem ugodził przeciwnika prosto w twarz. Azros zaryczał z bólu. Jego piękne, do tej pory nieskazitelne oblicze pod wpływem karzącego promienia zszarzało i popękało niczym sucha ziemia. Anioł zakrył oczy rękami i na ślepo rzucił się na Gabriela. Skrzydlate stworzenia zwarły się w silnym uścisku, starając się nawzajem obezwładnić. Gabriel poderwał się z nadludzką siłą i uderzył Azrosem o sufit. W mieszkaniu rozległ się głośny huk.
John Smith podniósł się na łóżku i przetarł oczy jedną dłonią. Drugą delikatnie dotykał obolałej szyi. Człowiek widział jedynie jakieś dziwne światło na środku swojej sypialni. Nie miał jednak pojęcia, co było jego źródłem, nie słyszał też krzyczących aniołów. Nie miał pojęcia, jak brutalna walka rozgrywała się w jego mieszkaniu.
– Bracie, co pchnęło cię do takiej podłości?! – zagrzmiał Gabriel, okładając drugiego anioła brutalnie pięściami.
Azros był już lekko zamroczony. Twarde jak stal pięści przeciwnika spadały na niego raz za razem. Anioł poczuł się bezsilny. Właśnie w tej chwili zrozumiał, że uczucie to nie różniło się zbytnio od jego codziennej egzystencji. Każdego dnia tak się czuł, harując od świtu do nocy za marne pieniądze, walcząc o sprawę, w którą dawno przestał wierzyć. Przełożeni byli z niego wiecznie niezadowoleni, żona ciągle była nim rozczarowana. Azros nie po raz pierwszy w życiu był wściekły, ale tym razem postanowił całkowicie poddać się temu uczuciu. Dzięki temu poczuł nagły przypływ sił. Wyciągnął ręce w stronę pięści archanioła i powstrzymał je.
– Dość! – zawołał z furią, a jego poparzone oczy przez krótką chwilę rozbłysły słabym, czerwonym blaskiem. Azros podniósł się z podłogi, cały czas powstrzymując pięści zaskoczonego archanioła. – Co ty możesz wiedzieć o podłości?! Nie doświadczasz jej! Widziałem w jakich pałacach mieszkają archanioły. Nie masz pojęcia o prawdziwym cierpieniu!
Azros postanowił wykorzystać chwilę przewagi. Puścił pięści Gabriela i z całych sił uderzył prawym sierpowym w jego nieskazitelną, boską twarz. Oszołomiony Gabriel zatoczył się do tyłu o kilka kroków. Jego spojrzenie wyrażało czyste niedowierzanie. Jeszcze nikt nigdy nie uderzył go tak mocno. Nadal jednak był to ledwie ułamek jego własnej siły. W oczach archanioła pojawił się czysty gniew. Sięgnął ku rękojeści swojego płomiennego miecza. Broni tej używał do tej pory wyłącznie przeciwko najpodlejszym demonom. W tej chwili Azros niczym się od nich nie różnił w oczach Gabriela.
– Nie masz z nim szans… – odezwał się cichy głosik w uchu Azrosa. Anioł słyszał Belzebuba, który najwyraźniej przyglądał się całej scenie za pomocą jakiegoś mrocznego zaklęcia. W jakiś sposób utrzymywał psychiczną więź ze swoim podwładnym – Tej nocy zginiesz Azrosie. Zginiesz i trafisz do piekła. Sss… Ale możemy zawrzeć układ. Dokończ zadanie, z jakim tu przybyłeś, a ja dopilnuję, żebyś kiedyś mógł się zemścić na tym, który był przyczyną twojego upadku.
Azros spojrzał na archanioła, który trzymał już w rękach śmiercionośne, płomienne ostrze. Wiedział, że oznaczało to dla niego wyrok śmierci. Chwycił się więc ostatniej deski ratunku, zaufał demonowi szepczącemu mu do ucha. Wykrzesał ze swego umęczonego, poobijanego ciała resztki energii i pomknął w stronę biednego Johna Smitha. Archanioł ruszył tuż za nim, zamierzając się do śmiercionośnego cięcia. Azros nie zdążył. Nim zacisnął swoje ręce na szyi człowieka, płomienny miecz przeciwnika świsnął w powietrzu i pozbawił go obu dłoni. Następne błyskawiczne cięcie pozbawiło go pięknych, lśniących skrzydeł. Gabriel był po prostu zbyt szybki. Żaden anioł nie mógł się równać z walce z archaniołem.
Gabriel chwycił bezradnego już Azrosa za kark i brutalnie wyciągnął go z mieszkania, a następnie porwał wysoko w górę. Leciał z krztuszącym się Azrosem ponad ziemską atmosferę. Gdy byli już ponad chmurami, a Azros ledwo łapał oddech, został przez Gabriela ciśnięty w dół z nadludzką siłą. Nie leciał już jednak w stronę ziemi. Widział wyraźnie ostre szczyty Tartaru, na spotkanie których pikował głową w dół. Nie miał już swoich cudownych skrzydeł, które mogły go ocalić. Nie miał dłoni, którymi mógłby jakkolwiek osłonić twarz. Wiedział, że to jego koniec, kara została wymierzona.


Z całej tej awantury John Smith zapamiętał jedynie mglisty koszmar, o dziwnych światłach latających od ściany do ściany w jego malutkiej sypialni. Nie miał pojęcia jak blisko siły ciemności były, by go dopaść tej nocy. Nie wiedział, że był tylko przynętą, że to sam Belzebub dał cynk Gabrielowi, byleby doprowadzić do ostatecznego upadku Azrosa. Dzięki temu mógł już nim całkiem zawładnąć.

Epilog.
Azros ocknął się, czując przerażający ból na twarzy. Powoli otworzył ociężałe powieki i zobaczył, że jest w ciemnym, ciasnym pomieszczeniu. Nieopodal stał Belzebub, obserwujący go uważnie spod zsuniętego nisko na twarz kaptura.
– Co… Co się stało? – zapytał Azros ochrypłym głosem. Powoli, z dużym trudem uniósł się do pozycji siedzącej. Wtedy dostrzegł, że leżał na jakimś stole, a wokół pełno było różnego rodzaju zakrwawionych ostrzy. Ze zdziwieniem stwierdził, że ma obie dłonie. Uniósł je w niedowierzaniu przed oczy. Nie były to jego dawne, białe dłonie. Widział makabryczne, demoniczne ręce, zakończone długimi na kilka centymetrów szponami. Wyglądało na to, że Belzebub przeprowadził na nim jakąś operację i przyszył mu brakujące części ciała.
– Anioł Azros umarł… – oznajmił szeptem demon. – Od teraz będziesz znany jako upadły anioł Azrael, postrach wszystkich archaniołów!
Azros, a właściwie Azrael zsunął się ze stołu i wylądował na nogach stabilnie. Czuł w swoich żyłach jakąś tajemniczą siłę, którą wcześniej nie dysponował. Zerknął przez ramię. Demony przywróciły mu także skrzydła. Nie były tak piękne jak poprzednie, tylko czarne jak smoła i postrzępione. Przez chwilę upadły anioł miał ochotę rzucić się na Belzebuba i rozerwać go na strzępy. Zrozumiał jednak, że to nie przeciwko niemu powinien obrócić swój gniew. To przez Gabriela skończył w ten sposób i teraz każdy archanioł powinien drżeć na wieść, że Azrael się z nimi rozprawi. To właśnie tego dnia wszystkie demony miały ruszyć na wielką wojnę przeciwko niebu, a dzięki Belzebubowi mieli nowego, żądnego zemsty generała.