“Ogień i krew” – fantastyczna kronika

“Ogień i krew” czyli licząca sobie równiutko 1130 stron kronika rządów rodu Targaryenów, z przefantastycznego świata stworzonego przez Georga R.R. Martina w “Pieśni lodu i ognia”, bardzo długo czekała na mojej półce. Gdy w końcu po nią sięgnęłam, przygotowana byłam na to, że nie jest to epicka, porywająca opowieść, i miałam rację, bo nie jest. To jest kronika i tak należy ją traktować, jeśli więc nie lubisz czytać tego typu książek, to OiK cię wymęczy. Warto dodać, że sprawy nie ułatwia fakt, iż co drugi syn nazywa się tam Aegon bądź Viserys, a wśród głównych bohaterek mamy np. Rhaenę, Rhaenyrę i Rhaenysę, a do tego prawie wszyscy wyglądają tak samo, więc czasami naprawdę trudno się połapać co się właściwie dzieje.
 
 
Jest to historia Westeros, a raczej jej wąski wycinek, od podboju Aegona I do początku panowania Aegona III. Nie jest napisana jakoś szczególnie interesująco. Martin stara się urozmaicać lity tekst składający się z bitew, dekretów, śmierci, narodzin i ślubów wtrąceniami heheszkowego „kronikarza” Grzyba, który informuje nas o bardziej zbereźnych i tajemniczych szczegółach z życia władców smoków. O dziwo, ten zabieg Martina się sprawdza – gdyby nie poczciwy Grzyb moglibyśmy zapomnieć o jakimkolwiek humorze w tej powieści. Niemniej jednak trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, by przebrnąć przez OiK, bo nie jest to lektura miła, lekka i przyjemna. Z pewnością znajdą w niej przyjemność i wiele interesujących informacji ci, którzy są ogromnymi fanami Pieśni Lodu i Ognia. Ci, którzy znają ten świat tylko z serialu lub w ogóle, raczej powinni sobie OiK odpuścić – nie znajdą w tej powieści nic dla siebie, a dodatkowo mogą się zrazić do Pieśni Lodu i Ognia, która to seria jest o wiele lepsza, wciągająca i po prostu epicka.
 
 
 
 
Teraz przejdę do bardziej osobistych odczuć z czytania OiK, więc lojalnie uprzedzam, że mogą w niej znajdować się spoilery. Jeśli lektura tej powieści jeszcze przed tobą i nie chcesz sobie psuć zabawy, odpuść sobie dalsze czytanie tej recenzji 😉
 
 
 
 
.
.
.
.
.
.
 
 
 
Po pierwsze, ci którzy trochę mnie już znają, wiedzą doskonale, że moje serce bije na Północy, a ja od zawsze jestem Team Stark jeśli chodzi o uniwersum stworzone przez G.R.R. Martina. Może dlatego, że sama mieszkam w najzimniejszym regionie Polski, na północy właśnie, może dlatego, że więcej sympatii mam do wilkorów niż smoków, a może dlatego, że bardzo lubiłam Boromira w LOTR ;). Nie wiem, w każdym razie tak jest i tyle. Dlatego wolałabym, żeby Martin pokusił się o spisanie historii Starków, starożytnych wierzeń, dawnej magii dzieci lasu, muru, wojen o Północ itp. , ale jest jak jest, mamy co mamy, więc czytam to, co zostało wydane. Targaryenów nie darzyłam jakimiś większymi emocjami, czy to negatywnymi, czy pozytywnymi. Ród jak ród, tyle że ma smoki. Jednak im bardziej wgłębiałam się w Ogień i Krew, tym bardziej mnie irytowali. Wiedziałam, że podbili 7 królestw, ale ta informacja w popkulturze podbudowana jest informacją jakoby dzięki temu „wreszcie zaprowadzili porządek na kontynencie wykrwawiającym się wojenkami i sporami pomiędzy królestwami”. Lol, nope. Ród Targaryenów to najbardziej krwiożerczy, zdradziecki i okrutny ród, jaki został nam przedstawiony w uniwersum. Kolejni z jego przedstawicieli zdradzali się nawzajem, mordowali i wzniecali okrutne i krwawe wojny między sobą, obejmujące prawie cały kontynent, byle tylko objąć tron. Rządzenie także nie wychodziło im zbyt dobrze – władcy z rodu Smoka byli albo okrutni i szaleni, albo słabi i głupi. Wyjątek stanowi król Jaeherys, który jako jedyny naprawiał królestwo, zamiast je niszczyć, i budował, zamiast burzyć. Rządy jego i jego królowej zapisał się złotymi zgłoskami w kronice dziejów rodu Targaryenów – szkoda, że był wyjątkiem.
 
 
 
Co mnie ogromnie dziwi, to fakt, że upadek swojego rodu zawdzięczają… sobie samym. Żaden ród nie zabił tylu Targaryenów, co Targaryenowie. Co jednak jeszcze gorsze – to oni doprowadzili do wyginięcia smoków, tych wspaniałych stworzeń, które do siebie przywiązali. Z egoizmu i okrucieństwa nie traktowali smoków jak przyjaciół , lecz jak broń, którą z łatwością i bez żalu można poświęcić w walce, bo przecież od tego jest. Wbrew pozorom ta kronika jest bardzo smutną historią ludzkich ułomności i zła, które może wyrządzić chora mania wielkości. Jednego jednak nie można Targaryenom odmówić: był to ród bardzo, ale to bardzo zróżnicowany. Mamy więc głupców i mędrców, ludzi odważnych i tchórzy, dzieci słabe na umyśle i wyjątkowo bystre, panny pobożne i rozpustnice (jedna z księżniczek została nawet kobietą lekkich obyczajów w jednym z burdeli), chłopców walecznych i rozmiłowanych w księgach, władców skromnych i nieznających umiaru w jedzeniu i piciu, braci kochających i nienawistnych, żony dzierżące prym w małżeństwach i pokorne. Dla wszystkich znalazło się miejsce w szeregach tej dziwnej rodziny, która sama na siebie sprowadziła zagładę.
 
 
 
Na koniec jeszcze taki niuansik, który bardzo mnie ucieszył – Północ była na tyle niezależna odległa i dumna, że w przeciwieństwie do pozostałych królestw, nigdy nie płaszczyła się ani nie zabiegała o względy Targaryenów, a także nigdy, przez okres który przybliża nam ta kronika, żaden człowiek Północy nie przelał ani kropli krwi przez lub za jakiegokolwiek władcę z rodu Targaryenów.
 
 
 

The North Remembers 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

piętnaście − pięć =

Magazyn Hipogryf