Lynette Noni – Szept – już w sprzedaży (fragment w opisie)

Hej książkowe Hipogryfy! 27.01 miała swoją premierę książka Szept autorstwa Lynette Noni. Z tej też okazji na blogu o książkach Hipogryf.pl pojawił się darmowy fragment książki (poniżej w tym wpisie).

 

Przez dwa i pół roku Jane Doe – Obiekt Sześć-Osiem-Cztery – była przetrzymywana w celi tajnego podziemnego ośrodka rządowego i w tym czasie nie wypowiedziała ani jednego słowa. Nawet swojego prawdziwego imienia. Teraz władze podejmują ostatnią desperacką próbę nakłonienia jej, by zaczęła mówić, i oddają ją pod opiekę tajemniczego Landona Warda.
Ku zaskoczeniu Jane Ward odnosi się do niej uprzejmie. Sprawia wrażenie, że mu na niej zależy. Pomimo wysiłków Jane, by wytrwać w oporze, jej determinacja stopniowo słabnie.
Gdy Jane zaczyna żywić nadzieję na odzyskanie swego dawnego życia, niecodzienny wypadek ujawnia jej najmroczniejszy sekret i niebezpieczną moc, którą ukrywała przez lata. Jej słowa mają moc sprawczą – gdy coś mówi, powołuje to do istnienia. I oto nagle „odnalezienie swojego głosu” staje się kwestią życia i śmierci.

 

Fragment książki:

 

 

Szept, Lynette Noni,
Przekład: Janusz Maćczak.

Szept Lynette Noni  – fragment 1

 

Szept Lynette Noni – PROLOG

 

Nazywają mnie „Jane Doe”.
Mówią, iż to dlatego, że nie chcę im zdradzić, jak naprawdę się nazywam, i musieli nadać mi jakąś zwyczajową tożsamość. Tkwi w tym ironia, ponieważ nie ma we mnie niczego zwyczajnego.
Jednak oni o tym nie wiedzą.
Mogliby nazwać mnie jakkolwiek, jednak nie bez powodu wybrali anonimowe miano „Jane Doe”. Słyszę szepty. Uważają mnie za kogoś, kto dla nich znaczy niewiele więcej niż niezidentyfikowany żywy trup. I tak mnie traktują. Trącają, popychają, szturchają, szarpią. Wszyscy oni chcą sprowokować mnie do jakiejś reakcji. Ale ich wysiłki spełzają na niczym.
Dwa lata, sześć miesięcy, czternaście dni, jedenaście godzin i szesnaście minut. Od tak dawna przebywam w zamknięciu, odizolowana od świata. Od tak dawna starają się wydobyć ze mnie informację, dzień po dniu. Od tak dawna jestem poddawana eksperymentom, godzina po godzinie, tydzień za tygodniem.
Niewiele mi mówią. Wszystko jest poufne, ściśle tajne. Chociaż kiedy tu przybyłam, przedstawili mi zarys sytuacji. Upiększyli ją, używając gładkich słówek, sprzedali mi marzenie, a nie koszmar, w jakim odtąd żyję. Powiedzieli, co trzeba, żeby uśpić moją czujność. Ale wszystko to były kłamstwa.
– Lengard to tajny ośrodek rządowy, przeznaczony dla niezwykłych ludzi – powiedzieli mi. – Dla osób takich jak ty.
Uwierzyłam im. I to był mój błąd.
Byłam głupia.
Naiwna.
Pe ł n a n a d z i e i.
Teraz wiem, że na świecie nie ma nikogo takiego jak ja.
Jestem odmieńcem.
Wybrykiem natury.
Po t w o rem.
Nie nazywam się „Jane Doe”. Ale stałam się nią. I nią pozostanę.
Tak jest najbezpieczniej.
Dla wszystkich.

 

Szept Lynette Noni – ROZDZIAŁ 1

 

– Obiekt Sześć-Osiem-Cztery, podnieś ręce nad głowę i odwróć się twarzą do ściany.
Ten trzeszczący głos dobiega z głośnika interkomu umieszczonego obok drzwi mojej celi. Wiem, że mam tylko dziesięć sekund na wypełnienie polecenia, zanim wpadną tu strażnicy i zmuszą mnie do posłuszeństwa. Po dzisiejszej sesji z Vanikiem moje ciało Nie zdoła znieść kolejnego maltretowania, więc pośpiesznie wstaje i robię, co mi kazano.
– Wchodzimy do pomieszczenia. Jeżeli uczynisz jakikolwiek gwałtowny ruch, nie zawahamy się cię obezwładnić.
Nie słucham ich słów. Nie muszę. Znam już zasady. Wiem, że nawet mój zbyt głośny oddech mógłby przestraszyć ich na tyle, że poraziliby mnie paralizatorem elektrycznym. Już się tak zdarzało.
Strażnicy w Lengard traktują poważnie swoje obowiązki. Ten tajny ośrodek rządowy ukryty głęboko pod ziemią odgrywa rolę mojego „domu”. Zaklasyfikowano mnie jako zagrożenie piątego stopnia. Strażnicy nie wiedzą, co to znaczy, i to powoduje ich nerwowość. Wiedzą tylko, że jestem niebezpieczna.
Mylą się.
Ale zarazem mają rację. Drzwi się rozsuwają i w moje gołe nogi uderza od tyłu powiew powietrza. Mój regulaminowy strój to niewiele więcej niż workowata poszewka na poduszkę z otworami na szyję i ręce, sięgająca tuż nad kolana. Nie zapewnia żadnej ochrony, ciepła ani wygody. Jest trwały i praktyczny. Stanowi nieustanne przypomnienie, że ktoś taki jak ja nie może już oczekiwać w życiu żadnych luksusów.
– Obiekt Sześć-Osiem-Cztery, idziesz z nami. Pozostań na miejscu, dopóki cię nie skrępujemy.
Jestem nadal zwrócona twarzą do ściany, więc nie widzą, że zdezorientowana, marszczę czoło.
Życie w Lengard biegnie według ściśle ustalonego, niezmiennego porządku. Każdy dzień jest taki sam. Rano budzi mnie odgłos wsuwania przez szczelinę u dołu drzwi mojej celi miski z pozbawionym smaku kleikiem wzbogaconym o błonnik i zaprawionym proteinami. Na zjedzenie tego czegoś mam dziesięć minut. Potem jestem odprowadzana pod eskortą do łazienki na pięć minut. Stamtąd odsyłają mnie prosto do doktora Manninga na codzienną ocenę mojego stanu psychicznego. Trwa ona dwie godziny, a później dostarczają mnie do Enza, który przez następne trzy godziny nadzoruje mój fizyczny trening siłowy i wytrzymałościowy. Potem dają mi piętnaście minut na prysznic i przebranie się w świeżą poszewkę stanowiącą mój uniform, zanim odeślą mnie z powrotem do celi na godzinę, w trakcie której pojawia się kolejny mdły posiłek, wzbogacony proteinami. Po tym lunchu czekają mnie dwie godziny piekła z Vanikiem – określanego oficjalnie jako „terapia eksperymentalna” – a jeśli udaje mi się opuścić jego laboratorium, będąc wciąż przytomną, jestem włóczona pomiędzy wizytującymi lekarzami i ewaluatorami, dopóki nie orzekną, że na dziś ze mną skończyli. Może to trwać od dwóch do sześciu godzin. Wtedy podaje się mi odżywczy koktajl – napój z witaminami i składnikami pokarmowymi, mający utrzymać mnie w optymalnym stanie zdrowia – i mam ostatnie pięć minut w łazience, zanim wepchną mnie z powrotem na noc do celi.
Ten ustalony porządek nigdy nie uległ zmianie. Ani razu.
Aż do teraz.
Mój dzień miał się już skończyć. Jest pora nocna. Wypiłam odżywczy koktajl i po raz ostatni odwiedziłam łazienkę. Miałam pozostać zamknięta w celi do rana, kiedy wszystko znów się powtórzy. Nie mam pojęcia, dlaczego odstępują od rutyny. Ale stoję nieruchomo, gdy strażnicy zbliżają się do mnie od tyłu, chwytają mnie za ręce, szarpią je w dół i metalowymi kajdankami skuwają za plecami.
Kiedy mnie odwracają, widzę ich: dwóch mężczyzn stojących po moich bokach, dwakroć wyższych ode mnie. Te kajdanki nie są konieczne. Fizycznie w żaden sposób nie zagrażam tym strażnikom. A żadne więzy nie zabezpieczą ich przed prawdziwym zagrożeniem, jakie stanowię. Nic ich przed tym nie zabezpieczy.
– Idź z nami i zachowaj milczenie – mówi mężczyzna po mojej lewej stronie, powtarzając te same słowa, jakich używają wszyscy inni strażnicy, ilekroć prowadzą mnie na zewnątrz. Chwyta mnie za ramię tak mocno, że niemal krzywię się z bólu, jednak udaje mi się zachować niewzruszony wyraz twarzy. Nie przytakuję ruchem głowy. Nawet nie mrugam. Patrzę prosto przed siebie i stawiam kolejne kroki, gdy wyprowadzają mnie z celi.
Na korytarzu jest jasno. Światło lamp w górze boleśnie mnie razi. Z wysiłkiem staram się nie wzdrygnąć. Tylko spuszczam głowę, tak aby włosy zasłoniły mi oczy. Gdy idziemy,
skupiam wzrok na lśniących czarnych i białych kafelkachpodłogi. Nie ośmielam się zapytać strażników, dokąd zmierzamy.
Usłyszałam rozkaz i zachowuję milczenie. Nawet gdybym postanowiła zignorować ich ostrzeżenia, nie zadałabym pytań.
Ale oni o tym nie wiedzą. A ja im nie powiem.

 

Szept Lynette Noni – fragment 2

 

– Dzisiaj spróbujemy czegoś innego, Sześć-Osiem-Cztery – oznajmia, gdy już kończy podłączać mnie do różnych aparatów rozstawionych wokoło w pokoju.
Niegdyś bałam się tych urządzeń, gdyż nie znałam ich przeznaczenia. Już dawno zdałam sobie sprawę, że moje lęki były uzasadnione.
– Poinformowano mnie, że być może nie zabawisz u nas już zbyt długo, więc postanowiłem przejść od razu do bardziej zaawansowanych punktów harmonogramu – mówi Vanik. Nie wydaje się zachwycony tą zmianą ramy czasowej. – W trakcie naszych kilku ostatnich sesji przesuwałem granice tego, co uważam za dopuszczalne ryzyko, ale dzisiaj posuniemy się jeszcze dalej. Musisz siedzieć możliwie jak najbardziej nieruchomo. Nie chcemy spowodować żadnego… nieodwracalnego uszkodzenia. Ale nie martw się, Sześć-Osiem-Cztery. Wszystko to wkrótce się skończy.
Mówi to tak, jakby miało mnie to w jakiś sposób pocieszyć.
Pozostawanie w bezruchu jest niemal niemożliwe, gdy Vanik zaczyna swoje testy: wciąż na nowo szturcha mnie, potrząsa, razi prądem i dźga. Wrzeszczę w duchu, wrzeszczę bardzo głośno, jednak wiem, że nikt mnie nie usłyszy, nikt mi nie pomoże, gdyż z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. To boli. Boże, jak bardzo boli! I nie tylko fizycznie. Vanik odrywa kolejno każdą część tego, kim jestem: wszelkie poczucie godności, jakie zyskałam podczas sparingu z Enzem, pozostało już tylko ulotnym wspomnieniem. Jestem cieniem tej dziewczyny, która walczyła przed zaledwie kilkoma minutami. Gdyby Enzo albo Ward mogli mnie teraz zobaczyć… gdyby ktokolwiek mógł mnie teraz zobaczyć… ujrzeliby tylko skorupę ludzkiej istoty, czekającą – modlącą się! – żeby ten ból ustał. Ale Vanik nie przerywa, dopóki czas naszej sesji nie dobiega końca.
– Dosyć na dziś – mówi wreszcie, uwalniając z oków, którymi mnie unieruchomił, kiedy moje ciało zaczęło spazmatycznie dygotać.
– Jutro będziemy kontynuowali od tego punktu.
Chcę na niego wrzasnąć, lecz zanim mogę się zdecydować, czy byłoby to warte otwarcia ust, przez drzwi wchodzi dwóch strażników. Nie zawahają się mnie ukarać, jeśli uznają, że stanowię zagrożenie, a ja nie zniosę dziś żadnego więcej bólu. Potulnie cofam drżące ręce za plecy i czekam, podczas gdy oni skuwają mi przeguby kajdankami. Nie potrafię ukryć grymasu na twarzy, gdy zimny, twardy metal ściska moje wrażliwe ciało. Zużywam resztę energii, by utrzymać wyprostowaną postawę, kiedy eskorta prowadzi mnie na sesję z Wardem. Czuję, że skórę mam napiętą i lepką od potu, a chociaż moje nerwy płoną, szczękam zębami z zimna. Ból tak głęboko rozłupuje mi czaszkę, że zastanawiam się, czy Vanik bez mojej wiedzy nie dokonał na mnie inwazyjnej operacji neurochirurgicznej. Ale myślę, że nie jest aż tak zdesperowany. Jeszcze nie.
Strażnicy zatrzymują mnie szarpnięciem przed drzwiami biblioteki, zdejmują mi kajdanki i czekają, aż wejdę do środka. Wardowi zajęło zaledwie dwa dni danie eskortującym mnie ludziom jasno do zrozumienia, że nie są mile widziani wewnątrz jego pomieszczenia ewaluacyjnego. Wszyscy strażnicy mają ścisły rozkaz, by uwalniać mnie przed biblioteką, tak abym weszła tam sama. Tylko że dzisiaj po raz pierwszy mogłabym skorzystać z ich pomocy, bo kiedy odchodzą, a ja stawiam krok naprzód, zataczam się, jak najdosłowniej, do wnętrza sali i nie mam dość siły, by złapać równowagę, więc upadam ciężko na dywan jak worek zboża.
Ward woła coś do mnie, zaniepokojony, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć. Chyba coraz głośniej powtarza moje imię, gdy podchodzi do mnie, leżącej nieruchomo. Z jego ust wylewa się potok pytań. Odwraca mnie na plecy i odgarnia mi z twarzy włosy za uszy. Mam zamknięte oczy, ale znajduję w sobie siłę woli, by je otworzyć, i widzę zatroskaną twarz Warda, nachyloną zaledwie kilkanaście centymetrów nad moją.
– Odezwij się do mnie, Chip – mówi. Przytyka dłoń do mojego policzka i z sykiem wciąga powietrze. – Jesteś lodowata. Co ci się, u diabła, stało?
Dygoczę gwałtownie i mogę tylko spoglądać w górę na niego. Potem oczy uciekają mi w tył czaszki, gdy ogarnia mnie słodka cisza nicości omdlenia.

 

Fragment 3

 

 

Ward podchodzi do mnie tak blisko, że muszę zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w twarz. Wyciąga rękę i przesuwa palcami po moim policzku gestem lekkim i delikatnym niczym szept. Jestem pewna, że oczy mam wielkie jak oceany, ale zanim mogę zdecydować, czy poddać się temu dotykowi, czy odsunąć się stanowczo, Ward robi krok do tyłu. Cofa dłoń i nerwowo przegarnia nią włosy: burzy je tak, że wyglądają jak sterta złocistej słomy.
– Ktoś powinien był już dawno przenieść cię do miejsca takiego jak to. Jednak nie potrafimy zmieniać przeszłości. Jedynie możemy zmienić przyszłość. Jego głos brzmi bardziej chropawo niż zwykle i mam wrażenie, jakby Ward mówił raczej do siebie niż do mnie.
– Cami cię oprowadzi – ciągnie. – Twój harmonogram zajęć się nie zmienił, ale od dziś strażnicy będą cię odbierać i przyprowadzać tutaj. – Przerywa, zdaje się rozważać, czy powiedzieć coś jeszcze. Wypuszcza powietrze z płuc i dodaje:
– Wciąż nad tym pracuję: żeby zrezygnowali z nakładania ci kajdanek.
Odnoszę wrażenie, że ziemia się pode mną rozstępuje i zapadam się w alternatywną rzeczywistość. Taką, w której nieme dziewczyny zyskują przyjaźń zbrojnych rycerzy i rumianych dzieci i toną w snach tak realnych, że wsączają życie nawet w ściany, aż przemieniają nijakie biele, szarości i beże w tęcze tak olśniewające, iż samo powietrze ożywa od ich barw.
Otwieram usta i zamykam, a potem powtarzam to jeszcze raz. Jak nigdy dotąd pragnę coś powiedzieć, wyrazić moją wdzięczność. Nadal nie jestem skłonna zaufać Wardowi, ale ofiarował mi coś cennego i chcę, by wiedział, jak wiele to dla mnie znaczy. Dlatego ostrożnie, jakże bardzo ostrożnie, wyciągam rękę, ujmuję przedramię Warda i ściskam je przez mgnienie.
W przypadku normalnej osoby dotknięcie czyjegoś ramienia nie jest niczym szczególnym. Jednak dla mnie ten prosty gest jest niczym krzyk. A z wyrazu twarzy Warda orientuję się, że pojmuje wszystkie te słowa, których nie wypowiadam.
– Chip…
Przerywa nam Cami, która znów zmierza przez korytarz tanecznym krokiem:
– Landonie, pora, abyś się pożegnał.
Ward nie kończy tego, co chciał powiedzieć. Bierze gwałtowny wdech, odwraca się i kiwa głową. – Dobranoc, Cam. – Całuję ją w czoło. – Daj mi znać, gdybyś czegoś potrzebowała.
– Dobrze, dobrze – odpowiada z uśmiechem Cami i gestem zapędza go w kierunku drzwi. – Nie martw się, poradzimy sobie.
– Do zobaczenia jutro, Chip – mówi Ward do mnie.
Rzuca mi ostatnie spojrzenie, znika za drzwiami i zamyka je za sobą.
Mam w głowie chaos. Cami bierze mnie za rękę i oprowadza po apartamencie będącym bardziej kolorową wersją kwatery Warda, ale z dodatkową łazienką. Trajkocze, podekscytowana, ale mój umysł wciąż na nowo odtwarza chwilę, którą przed kilkoma sekundami dzieliłam z jej bratem. Dopiero gdy docieramy do mojej sypialni, powracam do teraźniejszości.
Staję w drzwiach i już drugi raz tego wieczoru powstrzymuję łzy. Pokój – mój pokój! – jest jak z marzeń. Ponieważ znajdujemy się pod ziemią, nie ma okien, ale na bladożółtej ścianie wisi obraz olejny przedstawiający plażę nad bezkresnym błękitnym oceanem. To lepsze niż jakikolwiek widok z okna, ale choć namalowany pejzaż jest cudowny, nie da się porównać z łóżkiem, luksusowym jak łóżko Warda.
Cami w podskokach prowadzi mnie do szafy i ją otwiera. Widzę mnóstwo ubrań: wszystkie dla mnie. Ze wzruszenia nie wiem, czy się śmiać, czy ronić łzy. Oszołomiona, wodzę palcami po tkaninach.
– Nie będziesz już więcej nosić regulaminowych ubiorów – mówi radośnie. Na widok mojej miny dodaje cicho: – Nadmiar wrażeń, co?
Kiedy przytakuję, obejmuje mnie ramieniem i tuli do siebie.
– Nie martw się, Jane. Ani się obejrzysz, a poczujesz się znów istotą ludzką. Wtedy wszystko to wyda ci się czymś normalnym, tak jak powinno. Może ma rację, ale jak długo potrwają te wrażenia? Mam jeszcze tylko piętnaście dni na przedstawienie przekonującego powodu, dla którego powinno mi się pozwolić na pozostanie w Lengard. A bez względu na to, jak bardzo może się zmienić moja sytuacja życiowa, nie odpowiem, absolutnie nie odpowiem, na żadne z ich pytań. Nie mogę! Co oznacza, że zegar nadal odlicza czas, jaki mi pozostał, z każdą mijającą minutą cyka coraz głośniej.
Cami o tym nie wie. Jestem pewna, że Ward by jej nie powiedział. I dobrze, bo to znaczy, że nie będzie mnie traktowała jak tykającą bombę. Mogłabym po prostu cieszyć się dniami, które mi zostały: tym ostatnim darem, o jakim nie śmiałabym nawet marzyć. Ten pokój, łóżko, ubrania, towarzystwo Cami… Wszystko jest doskonałe. Po raz pierwszy od dwóch i pół roku nie czuję się samotna, przemarznięta, przerażona ani zagubiona. Postanawiam trzymać się z determinacją tego poczucia wolności
przez tyle czasu, ile zdołam…
Przez tyle, ile mi pozostało.

 

Lynette Noni

 

Lynette Noni – zanim uzyskała dyplom w dziedzinie badania ludzkich zachowań, studiowała dziennikarstwo i pisanie tekstów. Mieszka na Słonecznym Wybrzeżu w Australii, gdzie najczęściej piecze ciasteczka, śpiewa do wtóru filmom animowanym albo marzy o tym, by zostać porwaną do jakiegoś świata fantasy. Niekiedy potrafi nawet robić wszystkie te trzy rzeczy naraz – a i tak znajduje czas, by się potem zdrzemnąć.

 

 

Lynette Noni Szept okładka książki blog o książkach Hipogryf.pl

 

 

Ekstremalnie wciągająca… Nie mogłam jej odłożyć.

– Sarah J. Maas, autorka serii Szklany tron, Dwór cierni i róż i Księżycowe Miasto”.

Porywająca i wzruszająca opowieść.

– Maria V. Snyder, autorka bestsellerowego cyklu powieściowego Twierdza magów”.

 

Tytuł: Szept
Autor: Lynette Noni
Tłumacz: Janusz Maćczak
Wydawca: Uroboros
ISBN: 978-83-280-8504-6
Oprawa: miękka
Liczba stron: 432
Wydanie: 1
Data premiery: 27.01. 2021 r.

 

Szept Lynette Noni jest już dostępny w większości popularnych księgarni.

Birdman

Birdman

Staram się aktywnie promować czytanie, granie w gry planszowe i ogólnie pojętą fantastykę.

%d bloggers like this: