Król Kruków i królowa młodzieżówek

Czworo przyjaciół, cztery różne charaktery, marzenia, oczekiwania i jeden, wspólny cel – odnalezienie uśpionego króla Owena Glendowera. Według legendy walijski władca spełni życzenie śmiałka, który go obudzi. Czego może sobie życzyć książątko Gansey, który większość życia spędził jak pączek w maśle? Czy łobuzerski Ronan poprosi o przywrócenie do życia ojca? Ambitny Adam zechce wyjść z cienia bogatych i wpływowych przyjaciół? Jakie życzenie wypowie Blue, która chce od życia czegoś więcej? Żeby się przekonać, trzeba jednak najpierw odnaleźć Glendowera, a nie jest to łatwe, gdy, poza domniemaną prawdziwością legendy, nastolatkom przyjdzie zmierzyć się z innymi poszukiwaczami, tajemnicą lasu Cabeswater, czarownicami, płatnymi zabójcami, rozkapryszonymi żonami i paskudnymi trojaczkami… Lista jest długa, zadanie jest trudne, a jakkolwiek mistyczna by to nie była misja, nie może kolidować ze szkołą i pracą. Lajcik.

 

Wszystko na opak

 

Mam wrażenie, że główny wątek w cyklu Król Kruków, jest tak naprawdę poboczny. W żadnym wypadku nie umniejsza to jego wartości ani jakości, ale nawet gdy wybija się na pierwszy plan, jest okraszony tym pyłkiem, który zwraca uwagę na różne inne aspekty. Jeden z moich ulubionych przykładów, to moment, kiedy moc Cabeswater demonstruje swoją obecność i chroni Adama, podczas konfrontacji z jego ojcem. Niby wiadomo, że to właśnie ta więź nastolatka z lasem jest fabularnie istotniejsza, ale przy okazji wyeksponowana jest atmosfera patologii w rodzinie chłopaka. A te poboczne wątki… Właściwie każdy bohater występujący w tetralogii ma swój wątek, czasem jest to tylko pojedynczy rozdział, ale zawsze jest on pełen treści, przede wszystkim emocjonalnej. Bo jeśli chodzi o wartką akcję…

 

Vos estis unum tantum

 

W cyklu Król Kruków nie ma zatrważających przygód rodem z Indiany Jonesa ani mrożących krew w żyłach intryg à la Dan Brown. Nie można jednak narzekać na brak plot twistów! Ani tym bardziej na bohaterów… Dla mnie to najważniejszy element książek. Maggie Stiefvater wie, jak napisać świetne postaci. Już w Przeklętych Świętych byłam zauroczona tą autorką, a ten cykl tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jej książki są wyjątkowe. Ronan Lynch, Adam Parrish, Richard III Gansey i Blue Sargent są unikatowymi osobami, każdy z nich ma swoją historię, pełną cudownych szczegółów, a także swoje zachowania, sposób mówienia, a nawet nawyki. Narrator jest trzecioosobowy, ale inaczej „brzmi”, gdy towarzyszy Ronanowi, a inaczej gdy opowiada o Blue. Szczególnie wyraźnie to widać w tych intymnych momentach, w których bohaterowie są sami i oddają się wspomnieniom lub przemyśleniom. Narrator staje się wtedy ich reprezentantem przed czytelnikiem – a immersja jest niewiarygodna! Dzięki temu nie ma prawdziwego głównego bohatera, takiego, który wybijałby się przed szereg, a przy tym nie ma postaci jednoznacznych. Nawet święty Gansey nie jest czarno-biały. Poboczni bohaterowie są dopieszczeni równie mocno, co główni, różnią się jedynie „czasem antenowym” w książce – co powoduje czasem niedosyt, ale z drugiej strony, gdyby o każdym z nich napisać kilka słów więcej, wyszłaby z tego heksalogia

 

 

„Jeśli nigdy nie widziało się gwiazd, świeczki wystarczają”

 

Autorka wyraźnie znacznie bardziej skupia się na grze emocji, niż na tempie akcji, bo to jest bardzo powolne, wręcz melancholijne, ale płynne. I, przede wszystkim, spójne. Wszystko jest ze sobą powiązane, coś wynika z czegoś, wątki się plączą i rozwiązują. Mimo że motywy są nie jak rwący potok, wcale nie są nudne i wnoszą do fabuły element prawdziwego życia, w którym przecież, nawet gdy dzieje się coś niezwykłego, cały świat nie zatrzymuje się zszokowany, tylko beznamiętnie prze naprzód, dzień po dniu. I w cyklu Król Kruków jest to pięknie przedstawione. Świetnie, że teraz dzieją się cuda-dziwy, ale lecimy dalej. Pewnego dnia ta przygoda się skończy, a po niej nastanie poniedziałek i trzeba będzie wrócić do codzienności. Maggie Stiefvater pokazuje, jak te dzieciaki sobie radzą i z magią i ze zwykłym szarym dniem. Tak właśnie wyobrażałam sobie życie wielu bohaterów literackich i zawsze zastanawiałam się, czy w ogóle będą w stanie dostosować się do zwyczajnego życia po tylu niezwykłych przygodach. 

Każdy z czterech tomów cyklu (kolejno są to: Król Kruków, Złodzieje snów, Wiedźma z lustra i Przebudzenie Króla) ma swojego złoczyńcę – niestety, żadnego z nich nie opiszę, bo musiałabym spoilerować! Te książki są tak skonstruowane, że przytaczanie fabuły i pozbawianie jej uroku innego czytelnika, to grzech. Język, jakim posługuje się autorka, jest bardzo baśniowy, czasem metaforyczny, a nawet abstrakcyjny i w dużej mierze polega na intencji i inteligencji czytelnika. Trochę każe się domyślać, czasem tylko kieruje spojrzenie czytelnika w konkretnym kierunku, ale przede wszystkim słowami wyczarowuje nieziemską atmosferę. Stiefvater sugeruje, że narrator jest inteligentny, choć bezstronny i wdaje się w interakcje z czytelnikiem. Bardzo szanuję autorów, którzy polegają na nas. 

 

Idealna dla fanów…

 

Król Kruków nie jest podobny do niczego, co do tej pory czytałam. Niby jest to ya, ale bardzo dojrzałe. Niby jest tu magia i czary, ale fanom Harry’ego Pottera czy Igrzysk Śmierci będzie brakowało wartkiej akcji i przygód wynikających z innych przygód. Wątek romantyczny jest zbyt mało romantyczny dla fanów romansów. Myślę jednak, że jeśli ktoś lubi LeGuin polubi i Stiefvater, bo emocji i przemyśleń tu nie brakuje. Choć sama nie jestem fanką mojej imienniczki i jej koronnego cyklu Ziemiomorza, widzę tu pewne analogie. Na szczęście, autorka Króla Kruków, skompresowała ten ładunek i udekorowała go czarującymi postaciami głównymi i pobocznymi (takimi jak Persefona, która kojarzy mi się z Sybillą Trelawney z cyklu Rowling – musiałam o niej wspomnieć, tak ją kocham!), może nie rwącą, ale ciągłą akcją, miłością romantyczną, rodzicielską i przyjacielską, a także współczesnymi problemami, takimi jak narkotyki, alkohol, bieda, przemoc w rodzinie i problemy rozbitych rodzin… Długo by wymieniać. Cud, że autorka zmieściła tyle treści w czterech tomach. I jeszcze okrasiła to pięknymi legendami i magią! Nic, tylko brać i czytać.

PS. Mam pytanie do tłumaczy… Dlaczego wykrzyczane shit tłumaczycie jako gówno? Przecież w tym kontekście, to oczywiste, że chodzi o coś innego. Gdy ktoś anglojęzyczny uderzy się małym palcem w kant szafki i krzyknie shit!, to Polak w adekwatnej sytuacji nie powie gówno, tylko poleci klasyczną kur*^#$, albo cholerą. Także dosłowne tłumaczenie fuck no! również brzmi nieco dziwnie, czyż nie?

Nanaia

Nanaia

Meredith Brooks, w jednej ze swoich piosenek napisała kiedyś „I'm a little bit of everything, all rolled into one” - i ten cytat chyba najlepiej oddaje to, jaka jestem. Czytam, rysuję, piszę, strzelam z łuku i działam w grupie rekonstrukcyjnej... Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, na pewno będzie o czym pisać.

%d bloggers like this: