Koty w kosmosie! Czyli recenzujemy Onkalota!

Hej hej kosmiczne Hipogryfy! Wracam do was z kolejną recenzją science fiction. Tym razem na warsztat wziąłem pierwszy tom z trylogii Death Bringer, czyli Onkalota autorstwa Adrianny Biełowiec. Jeszcze tylko dodam tak na zachętę, że Onkalot okazał się zupełnie czymś innym, niż spodziewałem się, po przeczytaniu opisów na lubimyczytać czy gdzieś w sieci. Więc, nie przedłużając już — zapraszam do recenzji!

 

 

Jak wieści z okładki niosą:

 

„Wszechświat za tysiąc lat. Rząd globalny upada, jego armia zostaje rozbita. Władzę na Ziemi i nad koloniami kosmicznymi przejmuje zmilitaryzowany naród Kiritian, który poznaje sekret nieśmiertelności. Nikłe szanse na obalenie kolejnego hegemona, dysponującego najnowocześniejszą medycyną i technologią, ma paramilitarna opozycja. Należąca do niej podporucznik Anna Sandstorm łamie rozkazy i próbuje na własną rękę zabić znienawidzonego Forkisa, Pierwszego Dygnitarza Galaktycznego. Jednocześnie w dżungli planety Chulimal budzi się z letargu człekojaguar Q’ualel i rusza na poszukiwania pradawnej broni stworzonej przez samych bogów. Nie wiadomo jednak, którą stronę postanowi wesprzeć, a którą unicestwić.”

 

 

Jeśli po przeczytaniu tego wyobraziliście sobie jakieś kosmicznego bitwy rodem z Gwiezdnych Wojen (do samych Star Warsów jeszcze wrócimy) i walecznych rebeliantów chcących obalić złego Imperatora, to… no to możecie się zdziwić. Próba obalenia tego wielkiego i złego oczywiście jest, jednak co do walk w kosmosie to bym się za bardzo nie nastawiał. Tak się składa, że o wiele więcej w książce dzieje się za pomocą rozmów i opowieści, niż strzelaniu z działek laserowych. Dla jednych może to być wadą, ja sam z początku oczekiwałem jakiejś bitwy kosmicznego na miarę Zaginionej Floty, jednak potem dostałem naprawdę fajną postać Forkisa, a do tego prawie-wookiego i już byłem zadowolony!

 

Głównych dobrych i złych, tak razem wziętych, mogę wyliczyć na palcach jednej ręki — mamy Annę, mamy Forkisa, Q’ualela i może jeszcze Beliara i to ich historie będziemy tutaj obserwować. Tym samym wydawać by się mogło, że wszystko dzieje się na nieco mniejszą skalę, z mniejszym rozmachem, jednak, jako że wspomniany Forkis to ten zły final boss, to też mamy fajnie pokazane jak pojedyncze jednostki wpływają na dalsze losy narodów.

 

Nie lubię tych rebeliantów!

 

To co muszę powiedzieć wprost — to że nie lubię ludzi (bo ziemianami to ich już raczej nazwać nie można), którzy znajdują się w szeregach rebeliantów. Książka od początku zaczyna się z ich perspektywy, gdzie jeszcze poznajemy część bohaterów jako dzieci, a potem przenosimy się X lat do przodu, gdzie już są pełnoprawnymi żołnierzami. No i na początku myślałem sobie, że spoko, zobaczymy historię o dzielnych wojownikach wolności, co chcą wyzwolić się spod kosmicznego reżimu (zresztą wtedy też Kiritianie byli nam przedstawiani jako jakieś potwory). Tylko że ich sposób bycia, mówienia i te dialogi, jakie ze sobą prowadzą, przywodził mi na myśl jakieś amerykańskie filmy o policjantach z lat dziewięćdziesiątych.

 

Wszyscy mówią dupa, jebany, walić to, chodzą ciągle nabuzowani, jakby im testosteron szare komórki wypalał. Te wszystkie rozmowy przed bitwą, powiedzonka typu „na dupę Connora”, sukcesywnie sprawiały, że nie byłem w stanie identyfikować się z tymi postaciami w żaden sposób.

 

Zupełnie inaczej było niby z tymi złymi, czyli Kiritianami:

 

No bo świat kręci się wokół Forkisa!

a ja nie mam nic przeciwko temu, bo to naprawdę świetna postać!

 

Kojarzycie te memy o tym, kiedy główny zły zaczyna gadać z sensem?

 

 

No to tak właśnie jest w przypadku naszego Forkisa. Gościu zły, ludzi dręczy, męczy i ciemięży, a nawet zjada! Ale jak coś powie to dejm… dajcie człowiekowi mówić dalej, bo ja chcę wiedzieć więcej.

 

 

Q’ualel to skarb!

 

Mój ulubiony kotołak! Czy tam człekojaguar / Onkalot, zwał jak zwał. Obstawiałem, że będzie to taki trochę Wookie, a to taki bardziej Khajiit z Elder Scrollsa wyszedł, no ale mniejsza z tym = Chodzi o to, że jego wątek, oraz to jak zrobiono z tej postaci taki swoisty pomost między rebeliantami i Forkisem, był naprawdę na plus! Wraz z pojawieniem się też tej postaci (i jeszcze takiego jednego złotego gryzonia), zrozumiałem, że to nie jest jakieś hard military science-fiction, a bardziej sci-fi z elementami fantastycznymi. Więc zjawiska nadprzyrodzone, albo i wręcz jakieś mistyczne cuda, nie powinny tutaj dziwić.

 

 

Potem jeszcze weszła do tego Kiritianizacja, czyli taka jakby kosmiczna wersja przemiany w wampira. Tylko że tutaj nie było żadnego gryzienia, picia krwi a po prostu strzykawka i jedziemy! No ale to było fajne, naprawdę fajne, a do tego jeszcze wątek z naukowcem Figamem i plot-twist pod koniec książki z Beliarem, oraz jeszcze jeden plot twist z nie zdradzę z kim 😉 sprawiły, że przy ostatnich rozdziałach, byłem skupiony w stu procentach na tym, co czytam (z początku, przy pierwszych rozdziałach książka powoli się rozkręcała i nie mogłem się porządnie w nią wciągnąć).

 

No dobra, pochwaliłem, to teraz jeszcze powiem, co mi się nie podobało! A nie podobała mi się — scena seksu! Była jakaś taka… i ta rozmowa postaci w trakcie… No jakoś nie potraktowałem tego poważnie. Była to po prostu druga sytuacja w tej książce, kiedy czytam i myślę sobie what the fu…

Pierwsza była na samym początku — gdzie jednej bohaterce zachciało się siku i idąc za potrzebą, zobaczyła… a po prostu to przeczytajcie! 😉

 

 

Na koniec powiem że:

 

Czyta się całkiem przyjemnie, z początku jest sporo dialogów i opisów, a większa akcja zaczyna się dopiero w drugiej połowie książki i wtedy też czyta się dużo szybciej i z większym zaangażowaniem. Q’ualela polubiłem od samego początku, tak samo Forkis zaskarbił sobie moją sympatię, jedynie z Anną jakoś nigdy nie zaiskrzyło. Niby to główna bohaterka, niby to z jej perspektywy obserwujemy najwięcej, jednak mam wrażenie, że była strasznie bierną postacią. Niby jest w centrum uwagi, ale tylko na początku książki miała jakiś fajny solo wątek z walką w kosmosie, tak to potem pałeczkę przejmowali inni bohaterowie akurat znajdujący się z nią w tym samym miejscu. Do tego książka dobrze się kończy, w sensie nie chodzi mi o happy end, tylko że nie jest ucięta, opowiada jakąś kompletną przygodę i jednocześnie zostawia sobie furtkę na drugi tom, ale samą w sobie też można przeczytać i być zadowolonym.

 

Dzięki wielkie dla autorki za podrzucenie egzemplarza recenzenckiego! 🙂

 

~ Arek

 


 

 

Tytuł: Onkalot

Autor: Adrianna Biełowiec

Seria: Trylogia Death Bringer

Wydawca: Canis Majoris

Data premiery: 20.09.2020

Liczba stron: 366

ISBN: 978-83-941896-4-8

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 × trzy =

Magazyn Hipogryf