„Kirke” Madeline Miller, czyli opowieść o kobiecej sile i mądrości

Kto jeszcze pamięta tę ogromną modę na Kirke, jaka przetoczyła się przez świat kilka miesięcy temu? Wrodzona przekora nie pozwalała mi wtedy po nią sięgnąć, ale mamy teraz kwarantannę, siedzimy w domach i pomyślałam sobie „kiedy jak nie teraz?”. I tak oto zasiadłam do tego stołu z grecką ucztą, tym bardziej cieszącą, że wyczekaną.

 

 

Powieść ta dotyczy boginki, córki Heliosa, Tytana Słońca. Nie jest jednak od urodzenia otoczona troską, czcią i miłością. Wręcz przeciwnie – rodzina jej nie akceptuje, wzdryga się ze wstrętem na dźwięk jej człowieczego głosu, a także nie daje zapomnieć, że jest tylko niewydarzonym dzieckiem tytana, które nie ma w sobie kropli boskiej mocy. Niełatwo jej się żyje pośród bogów, tytanów i nimf, o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są współczujący i przepełnieni dobrocią. W końcu jednak objawia się w niej moc – chociaż inaczej, niż u jej krewniaków. Okazuje się bowiem, że Kirke jest czarownicą. I za ten fakt spotyka ją kara – zostaje zesłana na wieczne wygnanie, na samotną wyspę Ajaja. Paradoksalnie jednak, kara ta okazuje się nagrodą, a uwięzienie – podarowaniem prawdziwej wolności.

 

Początkowo Kirke mnie drażniła. Była uległa, zagubiona, potulna i bezbarwna jak mysz. Jak księżniczka Disneya zdawała się czekać na księcia na białym koniu, który odmieni jej los. Rozumiałam, że byłą zahukana, sprowadzona do parteru przez wszystkie istoty, które ją otaczały, a z takiego otumanienia, szczególnie gdy jest się młodym, trudno się otrząsnąć. Mimo tego z bólem czytałam o kolejnych sytuacjach, w których byłą wykorzystywana, i wyśmiewana, ale malutkie przebłyski – zapowiedzi nadchodzących wydarzeń i siły, jaka drzemie w Kirke, dawały mi nadzieję na przyjemną lekturę. Nie zawiodłam się. Wraz ze zrozumieniem posiadanych mocy, Kirke rosła w potęgę, zyskiwała pewność siebie, waleczność i mądrość. Z zabiedzonej niższej boginki stałą się panią własnego losu, kobietą, której bali się nawet bogowie z Olimpu. Nie stało się to jednak nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dlatego tak bardzo spodobała mi się ta powieść – PROCES. Powolny i mozolny, okupiony ciężką pracą, nauką, krwią i krzywdą.

 

Nie bez powodu moją ulubioną postacią z Gry o Tron jest Sansa Stark, która z rozpieszczonej dziewczynki, poprzez krzywdy jakie ją spotkały, nieszczęścia, poprzez wykonaną pracę i zachowany trzeźwy umysł, stała się wytrawnym graczem politycznym, umiejącym podporządkować sobie tysiące ludzi. Kirke bardzo mi ją przypomina. Jej życie nie było usłane różami. Wytykana przez bliskich, borykająca się z wieczną samotnością, zgwałcona i poniżona, uczyła się na własnych błędach, by wstać z kolan i żyć na własnych zasadach. To jest feminizm, który szanuję i podziwiam – siła, mądrość, wyznaczanie sobie własnych zasad i granie na planszy, którą sama sobie urządziła, ciężką pracą, uporem i mądrością.

 

Spotkałam się z zarzutami, jakoby „Kirke” byłą jedną wielką powtórką greckich mitów. Faktycznie, spotykamy tam Dedala, Odyseusza, Scyllę, Minotaura i wiele innych postaci z mitologii greckiej, jednak są oni opisani na tyle w nowy sposób, że nie czułam znużenia, gdy czytałam fragmenty o nich. Wręcz przeciwnie, przyjemnie było przypomnieć sobie ich historie, opowiedziane z perspektywy tak niezwykłej, inspirującej kobiety, jaką jest tytułowa Kirke.

 
 
Podsumowując, kto jeszcze nie czytał – niech nie czeka! To prawdziwa czytelnicza uczta, godna bogów z Olimpu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziesięć + 10 =

Magazyn Hipogryf