“Inkub” czyli dowód na to, że Polacy nie gęsi…

Inkub – gdy usłyszałam ten tytuł, obudziło się we mnie coś na kształt chęci, by zapoznać się z tą książką – bo wiadomo, słowiańskie demony, klimaty itd. Później usłyszałam, że napisał tę książkę autor pochodzący z Suwałk, a jej akcja toczy się na Suwalszczyźnie – to przekonało mnie, mieszkankę owej Suwalszczyzny, ostatecznie. Podchodziłam do Inkuba z nadzieją, ale nie bez obaw – umówmy się: „Znakomity horror napisany przez współczesnego polskiego pisarza” – brzmi jednak dosyć abstrakcyjnie. Szybko przekonałam się, że jakkolwiek abstrakcyjne, zdanie to jest prawdziwe!

 
 
Historia opowiada o małej wiosce na Suwalszczyźnie – Jodoziorach – a poznajemy ją głównie z perspektywy Vitka, policjanta, który postanowił rozwikłać zagadkę tajemniczej wioski. Akcja toczy się jednak dwutorowo: współcześnie, ale jednocześnie kilkadziesiąt lat wstecz, i wtedy już akcję obserwujemy z wielu perspektyw ówczesnych mieszkańców wioski. Na fakt, że głównym bohaterem jest tutaj policjant, nie zareagowałam zachwytem – nie przepadam za tymi robocopami literatury, policjantami zmęczonymi życiem, którzy mają cięty język, lotny umysł i żołądek wiecznie wypełniony whisky (wyjątek stanowią gliniarze u S.Kinga 😀 ). Vitek jednak, całe szczęście, do tego opisu nie pasuje. Owszem, jest zdeterminowany i posiada rozwiniętą intuicję, ale jednocześnie jest to gość wrażliwy, świadomy swoich wad, trochę zbyt niepewny siebie. Jest po prostu prawdziwy – uwierzyłabym, że taki człowiek faktycznie snuje się po bliskich mi Suwałkach.
 
 
 
On właśnie, ze swoim kumplem (również policjantem), niejako „za karę” zostaje przydzielony do ochrony ewakuacji wioski, w której nagle znaleziono dwa ciała ludzkie, które dosłownie zamieniły w popiół. Sprawa na tyle dziwna, że Vitek zaczyna się głębiej nią interesować, a gdy ma w niej miejsce kolejna tragedia, traci wszelkie wątpliwości i postanawia kontynuować śledztwo pewnego tragicznie zmarłego policjanta… I od tego właśnie zaczyna się właściwa historia.
 
 
 
Historia ta jest dobra, porywająca, wciągająca i klimatyczna. Ten klimat właśnie – zimna, zamglona, z powietrzem nabrzmiałym i ciężkim od zła wioska, w której ludzie zaczynają tracić zmysły, jedzenie traci smak, a wszystkie czynności, które kiedyś przynosiły radość mieszkańcom, odchodzą w zapomnienie. Ludzie zaczynają także chorować, ulegać zgubnym nałogom, tracić rozum i siły witalne. Rośliny umierają, powietrze wydaje się wręcz ciężkie od przepełniającego go zaduchu. Do tego wszystkiego dochodzą dwie stare chaty – niezamieszkane, podupadłe i bez wątpliwości, co najmniej dziwne.
 
 
 
Czytając powieść faktycznie czujemy się przeniesieni do tej wioski, czujemy tę beznadzieję i razem z Vitkiem bądź Krysią szukamy rozwiązania zagadki – a właściwie próbujemy rozplątać misternie utkaną sieć tajemniczych powiązań pomiędzy miejscami i ludźmi. Te dwie rzeczy udały się Arturowi Urbanowiczowi mistrzowsko – zarówno przejmujący, niepokojący klimat, jak i tajemnica, którą epicko rozwlekł na tyle kart powieści. Czy jednak jest to mrożący krew w żyłach horror? Czy przestraszy wprawionego w bojach miłośnika opowieści grozy? Raczej nie – ale zrobi coś innego: sprawi, że czytający Inkuba nawet największy fan horrorów poczuje ogromny niepokój, wypełniający cały jego umysł. Nie zmyślam – przeczytałam w swoim życiu sporo horrorów i tanie zabiegi raczej na mnie nie działają, a czytając Inkuba, gdy byłam sama w domu, musiałam włączać sobie jakieś gadające głowy w tv, żeby nie oszaleć. Książka ta potrafi wpłynąć na psychikę czytelnika bardzo, otulić go wręcz tym szaleńczym, na wskroś przesiąkniętym złem klimatem, który sprawi, że jakaś dziwna beznadzieja i pustka wkrada się do naszego umysłu.
 
 
 
Oprócz tego wszystkiego, Inkub ma jeszcze jedną bardzo ważną zaletę – wciąga. I to bardzo. Z każdą kolejną stroną autor rozbudowuje intrygę, którą śledzimy i sprawia, że chcemy poznać rozwiązanie tej zagadki. Prawie tak bardzo jak Vitek wkręcamy się w śledztwo, coraz bardziej ciekawi jego zakończenia – szukamy wskazówek, podpowiedzi, rozwiązań. Autor bawi się z nami w kotka i myszkę – podsuwa jakieś rozwiązanie, które nagle staje się oczywiste, by następnie udowodnić, że to wszystko wcale nie jest takie proste. Takich nagłych zwrotów akcji jest wiele – i chyba trochę za wiele.
 
 
 
I tutaj muszę powiedzieć o dwóch wadach, które niestety ta książka posiada. Po pierwsze: o jeden plot twist za daleko. Autor tak bardzo chciał zaskoczyć czytelnika, że nagle wyskoczył z rozwiązaniem całej zagadki trochę „od czapy”. No, nie kleiło się to. Wydaje mi się, że Urbanowicz, tak jak King, ma problem z zakończeniem powieści, chociaż w przeciwieństwie do Kinga pomysłów miał zbyt dużo, a nie zbyt mało. I przez to zabrnął za daleko, za szybko, za mocno – mógł zatrzymać się w pewnym wcześniejszym momencie powieści i zakończyć ją z klasą, ale chyba nie mógł się powstrzymać przed graniem na nosie czytelnika ciut za bardzo. Druga drobna wada to zbyt częste powtórzenia – nie tylko konkretnych słów, które Artur Urbanowicz sobie chyba ukochał (co zrozumiałe, któż z nas nie nadużywa kilku określeń, które po prostu lubi) takich jak np. „świdrujący wzrok” – ale też opisów emocji, bohaterów, miejsc itp. Powtórzenia sprawdzają się fajnie jako wzmocnienie np. emocji które autor chce uwypuklić, ale tak częste powtórki tracą swoją „moc” i jedynie przeciągają akcję powieści, która bez nich spokojnie uszczupliłaby się o jakieś 100 stron, lekko licząc. To są wady, według mnie, obiektywne, natomiast jest jeszcze jedna “wada”, ale już wyłącznie subiektywna. Mianowicie, nie do końca zamknięte zakończenie. Są czytelnicy, które je lubią, ja do nich niestety nie należę. Lubię, gdy autor na koniec wykłada wszystkie karty na stół – natomiast Artur Urbanowicz zostawia sobie asa w rękawie. Być może po to, by mieć czym rozpocząć kolejną partię? Oby! Bo po kolejną część tej historii sięgnęłabym z przyjemnością.
 
 
 
Podsumowując: Inkub to świetna, porywająca powieść, którą polecam każdemu – zarówno tym, którzy chcą się rozerwać, jak i tym, którzy pragną w swoim życiu trochę więcej adrenaliny 😉 Nie obyło się bez kilku potknięć, ale wierzę, jako że Artur Urbanowicz jest bądź co bądź na początku swojej drogi, iż uniknie ich on w przyszłości i po kolejną jego książkę sięgnę bez obaw. Pewna, że czeka na mnie kolejna świetna historia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

11 − jeden =

Magazyn Hipogryf