Fate: The Winx Saga – Kiedy bajka spotyka rzeczywistość

Ach, słodkie dzieciństwo. Lata lizaków z Pokemonami, plakatów na ścianach i zdartych trampek. Fantazja pchała nas w ramiona rysunkowych postaci, które dzięki swoim super mocom pokonywały każde zło. W 2021 roku dzięki platformie Netflix znowu wpadłam w tę otchłań…

 

Klub Winx, czyli Bloom, Stella, Flora, Musa, Tecna i Layla, towarzyszyły tysiącom dziewczynek na ich drodze dorastania. Od 22 stycznia, już nieco starsze, możemy oglądać nasze wróżki na Netflixie w Fate: The Winx Saga. I jak wyszło?

 

 

 

Jeden odcinek jak jeden chips

 

 

Chciałam obejrzeć jeden odcinek, ot tak z sentymentu, sprawdzić, czy ta struna wydaje jeszcze jakieś dźwięki, czy jestem już za stara na takie rzeczy jak wróżki i miłosne rozterki nastolatek. Skończyłam o 4 nad ranem, gdy wybrzmiała ostatnia nuta ostatniego odcinka pierwszego sezonu. Jak do tego doszło? Nie wiem, nie wiem, nie wiem…

 

W pierwszym odcinku spotykamy naszą główną bohaterkę, Bloom, pomykającą wesoło po szkolnym dziedzińcu. Alfea to szkoła dla wróżek, a nasza mała protagonistka, choć dopiero niedawno dowiedziała się, że ma tę moc, sprawnie aklimatyzuje się w nowym miejscu. Niemal od razu spotyka swoją (przyszłą) miłość, Sky’a. Nie ma tak łatwo, bo na drodze big love stoi ex-dziewczyna przystojniaka, Stella. Trójkąt Bloom-Stella-Sky nie jest jednak aż tak kiepski, tak słodko pierdzący jakby się wydawało i, o dziwo, ma sens. Pierwszy raz widzę, żeby dziewczyna poświęciła szansę na chłopaka w imię przyjaźni i to mnie wzruszyło. W końcu serial dla nastolatków nie robi z dziewczyn wrednych idiotek, które dostają małpiego rozumu na widok ładnego samca! Przynajmniej na razie. Niestety, problemy sercowe nie są jedynymi problemami w magicznej szkole. Po 16 latach spokoju, do barier chroniących Alfeę zbliżają się Spaleni (Burned Ones) – potwory, niebezpiecznie szybkie i krwiożercze, które samym draśnięciem wprowadzają zakażenie do ciała ofiary, powodując powolną i bolesną śmierć. Do tego nasza mała Bloom dowiaduje się, że jest odmieńcem (changeling; podmieniec chyba lepiej oddawałby znaczenie tego słowa), co oznacza, że jest pełnokrwistą wróżką, podstępem podrzuconą do świata ludzi. Dyrektorka szkoły, Farah Dowling, będzie miała ręce pełne roboty…

 

 

Skończył się róż, dajcie trochę czerni!

 

 

Fabuła jest prosta i nieco oczywista, a jednocześnie najeżona zasadzkami i smaczkami. Bohaterowie nie są lustrzanym odbiciem swoich animowanych odpowiedników, co uważam za największy plus. Jakkolwiek za dzieciaka lubiłam tę bajkę, tak teraz drażniłaby mnie jej dziecinność i płytkość. Nie, żeby netflixowy serial to była jakaś filozoficzna uczta, ale jest zbalansowana i podrasowana. Dziewczyny nie są od razu Best Friends Forever i nie mają jednego mózgu na spółkę, różnią się czymś więcej niż kolory spódniczek. Przede wszystkim wszyscy są indywidualnymi postaciami. Netflixowa Bloom jest tak samo wkurzająca, jak bajkowa (może nawet bardziej), ale i ona przechodzi przemianę (ha!), ma soczyste back story i realne powody, by być taka, a nie inna. To samo dotyczy się całej reszty ferajny. W pierwszym sezonie najszerzej przedstawione są wątki Bloom i Stelli, ale wspomniane historie reszty ekipy dają nadzieję na smakowity sezon następny.

 

Coś jest w tym serialu, że chce się go więcej. Atmosfera nie jest bajkowo-różowa jak w animacji, jest bardziej mrocznie, złowieszczo i… realistycznie. Dużo bardziej realistycznie! Nastolatkowie nie są cnotkami niewydymkami i robią to, co prawdziwi nastolatkowie robią – czyli wszystko to, czego się im zabrania. Chodzą na imprezy, na których piją, palą, ćpają i zabawiają się ze sobą. Aż miło patrzeć, jak bajki z dzieciństwa nabierają rzeczywistych kształtów. Tak, brzmi to strasznie, ale wiek nastoletni to wiek eksperymentów i poznawania granic, czy tego chcemy, czy nie.

 

 

 

Znajdź różnice na obrazku

 

 

Netflix oparł się o animację Klubu Winx, a nie zerżnął ją przez kalkę. Stąd różnice, a największa z nich to… Winx. W animacji mamy sześć dziewczyn, w serialu tylko pięć. Brakuje Tecny i Flory, która zastąpiona jest przez kuzynkę Terrę. Ale nic straconego, serialowa wróżka roślinności wspomina, że Flora jest jej kuzynką, co może dawać nadzieję, że ta pojawi się w nadchodzącym sezonie. Także Tecna ma swoje kilka sekund na ekranie, choć nie w tak oczywisty i jasny sposób. Na kartach jednego z roczników jest wmianka o niejakiej Devon Weller, która specjalizuje się w liczbach, w animacji natomiast wspomniane jest, że Devon to drugie imię cyfrowej wróżki. Może to jedynie smaczek dla fanek Klubu Winx, a może…?

 

Brakuje także Trix, czyli Icy, Darcy i Stormy. Złowieszcze trio zostało zastąpione solistką o wdzięcznym imieniu Beatrix (be-a-Trix, taka gra słów). Ta jedna robi rozpierduchę za trzy, więc na braki kadrowe nie można narzekać.

 

Kolejna duża różnica, to moce czarodziejek. Nie są tak spektakularne i nie przebierają dziewcząt w fancy stroje podczas przemiany, spełniając mokry sen wszystkich, którzy wstają rano i próbują ogarnąć się przed lustrem. Wróżki w Innoświecie (magicznym wymairze) ewoluowały i nie muszą już się przemieniać, a pierwotna magia skrzydeł została zapomniana. Musa nie jest wróżką muzyki, ale wróżką-empatką i odczuwa cudze emocje, stąd jej miłość do słuchania muzyki na słuchawkach – tylko w ten sposób jest w stanie się wyciszyć i skupić na własnych emocjach.

 

Ach, jeszcze jedna różnica-nie różnica, to imię jednej z wróżek. W Polsce przez większość czasu znaliśmy ją pod imieniem Layla, jednak w amerykańsko-włoskim oryginale, wróżka fluidów od pewnego sezonu ma na imię Aisha. Ta rozbieżność wynika podobno ze znaczenia imion, które w niektórych krajach mogły wzbudzać kontrowersje, a może chodzi o jakieś niuanse à la disneyowska Vaiana/Moana.

 

 

Jak już będę duża…

 

 

Co ten serial ma w sobie? Jakiś zwierzęcy magnetyzm Fate: The Winx Saga zatrzymał mnie przed ekranem na kilka godzin. Może to dzięki temu, że pod płaszczykiem sentymentalnej infantylności poruszane są bardzo ważne tematy, takie jak akceptacja własnego ciała, walka dziecka z rodzicami o indywidualność, wygórowane standardy, pękający obraz idealnego rodzica, poszukiwanie własnej tożsamości, wpływ środowiska i w końcu samoakceptacja.

 

Jasne, serial jest daleki od ideału i momentami cringe czuć mocno <spoiler>(szczególnie finalna scena, kiedy rodzice Bloom poznają okropną prawdę i mają to w sumie gdzieś, bo ich aspołeczna córa ma w końcu kumpelki)</spoiler>, ale ileż można się raczyć ciężkimi i poważnymi produkcjami? Przypomnienie sobie własnego szczeniactwa bywa naprawdę przyjemne! 

 

Wielu dorosłych bagatelizuje problemy nastolatków, uważa ich emocje za przesadzone i bezzasadne. Szkoda, bo ten tak zwany trudny wiek, to moment, kiedy dziecięce wyobrażenie świata jest miażdżone przez prawdziwe życie, a młody człowiek pierwszy raz poznaje smak rozczarowania i rozgoryczenia. O, może właśnie to mi się podoba w Fate: The Winx Saga – nie umniejsza problemów nastolatków i pokazuje ich w dorosłym, brudnym świetle, a równocześnie pokazuje dorosłych jako ludzi, którzy też kiedyś byli młodzi i choć nie są idealni, nie wszyscy są źli.

 

Nie ma tu ckliwych, świętych księżniczek, tylko brudna polityka. Nie ma przemian w brokatowe buciki i falbanki, tylko szkaradna prawda o przelanej krwi i śmierci. Jak bardzo wypacza poczucie siły, próżność i władza?

 

A, jeszcze jedno. Bloom gra Abigail Cowen, czyli… Dorcas z Chilling Adventures of Sabrina! Tylko ona potrafi być tak czarująco irytująca.  

 

Niedługo po premierze pierwszego sezonu, Netflix zapowiedział, że drugi będzie w 2022 roku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwanaście − cztery =

Magazyn Hipogryf