[DJF] Moje top 10 zagranicznej fantastyki przeczytanej w 2022 roku

Rok 2022 ponownie był udany pod względem czytelniczym, więc miałem spory wybór, jeśli chodzi o najlepsze pozycje przeczytane w tym roku. Oto one:

10. J.T. Greathouse „Dłoń króla słońca”

Pierwsza pozycja na liście to moje pozytywne zaskoczenie, bo nie spodziewałem się po tej pozycji niczego specjalnego, a wręcz podejrzewałem, że mi się nie spodoba, ale dobra znajoma przekonała mnie do sięgnięcia po ten tytuł.
Autor ciekawie przedstawił konflikt wewnętrzny bohatera, który za sprawą pochodzenia swoich rodziców (ojciec–Sienen, matka–Nayen) znajduje się pod wpływem dwóch wrogich wobec siebie kultur i musi wybrać, czy podążać drogą jednej z nich, czy znaleźć własną ścieżkę przez życie.
Kilka razy fabuła sugerowała, że autor spłyci jego rozterki do prostego wyboru dobro–zło, ale na całe szczęście Greathouse uniknął tej drogi. Przeszkadzało mi trochę niezdecydowanie bohatera, ale nie w irytujący sposób i ciekawi mnie, jak poprowadzi go autor.
Obiecujący debiut.

9. Brian McClellan „Gniew imperium”

Powrót do świata magów prochowych był bardzo udany i wszystkie tomy trylogii „Bogowie Krwi i Prochu” dały mi naprawdę sporą przyjemność, ale najwięcej odczułem jej podczas drugiej części.
W „Gniewie Imperium” autor nakreślił szpiegowi Michelowi najlepszy wątek w całym cyklu, w którym musiał poznać los pewnej zaginionej grupy obywateli, a jego talenty analityczne świeciły najjaśniej. Dodatkowo Ben Styke jak zwykle był postacią wzbudzającą we mnie najwięcej emocji, a scena nad pewnym grobem zawierała głębię, której rzadko doświadczam w przypadku powieści tego autora. Wątek Vlory o dziwo również nie nudził i najmniej odstawał poziomem od reszty bohaterów.

8. Angus Watson „Ziemi tej nie opuścisz”

Kolejny przypadek, gdy drugi tom świetnej trylogii wybija się ponad dwie pozostałe części. Stało się tak głównie za sprawą Badlandczyków, którzy biorąc pod uwagę cały cykl, byli największym zagrożeniem dla życia głównych bohaterów i tę powieść śledziłem z największym napięciem co do martwienia się o los postaci.
Dodatkowo autor dobrze rozwinął bohaterów, którzy wzbudziłi we mnie więcej sympatii, niż w pierwszym tomie np. Kif Berserk, Sitsi Pustułka czy Sassa Gryziwarga, a najważniejszy z nich Finnbogii przestał mnie irytować swoim zachowaniem.

7. Steven Erikson „Łowcy Kości”

Szósty tom „Malazańskiej księgi poległych” pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ mimo pustynnego klimatu był całkiem ciekawą pozycją. Mimo męczącego początku na czele z oblężeniem Y’Ghatan, które było dla mnie nużące i przesadnie przeciągnięte, dalsza część historii prezentowała się lepiej. Choćby wątki Apsalar, Karsy czy Nożownika bardziej mnie zainteresowały i autor ciekawie je rozwinął. Dodatkowo pozytywnie zaskoczył mnie mag Flaszka, którego moc jest powiązana ze zwierzętami. W trakcie „Łowców Kości” dołączył do moich ulubieńców z całego cyklu, a wraz z nim Kotylion, którego pojawień się o dziwo zacząłem wyczekiwać.
Iskaral Krost również ciekawie się zaprezentował i nie spodziewałem się, że jego obecność w fabule będzie przyjemna, a nie irytująca.
Dlaczego ta pozycja nie jest więc wyżej? Głównie przez słabszą pierwszą połowę książki i wrażenie, że autor głównie kładł podwaliny pod wydarzenia w następnym tomie – „Wichrze Śmierci”.

6. Douglas Hulick „Honor złodzieja”

Kolejna pozycja, co do której miałem niskie oczekiwania i liczyłem tylko, że będzie to przyjemna lektura. Jak widać, otrzymałem trochę więcej. Przede wszystkim w pierwszym tomie „Opowieści o Kamratach” spodobał mi się łotrzykowski klimat, który uwielbiam. Główny bohater Drothe zazwyczaj miał serce po właściwej stronie, ale jego czynom daleko do szlachetności. Mimo to go polubiłem, bo bardziej polegał na rozumie niż sile i każda konfrontacja z silnym przeciwnikiem odciskała na nim swoje piętno. Dodatkowo często widoczne było przemęczenie Drothe w związku z jego próbami wykaraskania się z kłopotów, w które wpadł. Kilka razy łapałem się na tym, że chciałem, by w końcu się solidnie wyspał. Oprócz tego spodobała mi się także historia Imperium Dorminikańskiego i wątek inkarnacji cesarza.

5. Douglas Hulick „Przysięga stali”

Drugi tom był pójściem za ciosem, chociaż w pewnym momencie zacząłem w to wątpić. Wskutek pewnych wydarzeń główny bohater musi opuścić znane sobie tereny i udać się do Despotii Djanu. Stosowane tam nazwy typu padyszach czy wezyr jasno wskazały mi na inspirację kulturą arabską, a co za tym idzie pustynny klimat, za którym osobiście nie przepadam. Na całe szczęście autor oszczędził mi obszernej wędrówki przez pustynię i po dotarciu do miasta zrobiło się ciekawie. Siłą kontynuacji „Honoru złodzieja” było przede wszystkim wprowadzenie neyajin – łowców dżinnów biegłych w skrytobójstwie oraz rozwinięcie zarysowanej już w pierwszym tomie historii zakonu Deganów, którzy od początku budzili moją ciekawość. Dodatkowo znowu autor dobrze poprowadził relację Drothe z jego przyjacielem Deganem, która dla mnie osobiście jest jedną z najlepszych przyjaźni, z którymi się spotkałem w książkach fantasy.

4. Steven Erikson „Wicher śmierci”

Wspomniana już książka miała być zwieńczeniem etapu historii, pod które podwaliny stworzyły „Przypływy nocy” oraz „Łowcy Kości”, wobec czego oczekiwania były spore. Erikson świetnie tutaj poprowadził wątek polityczny i aż żałowałem, że z czasem mocno go ograniczył. Tehol i Bugg również wybijali się pozytywnie, a obecność Karsy w fabule jak zwykle na plus. Oprócz tego wątek Łowców Kości był naprawdę ciekawy, a jeden z nich, mag Dziób, mimo skromnej ilości czasu poświęconej mu przez autora, rozbłysnął najjaśniej na tle innych. Muszę przyznać, że ku mojemu zdziwieniu na jego losie zależało mi najbardziej i najbardziej działał on na mnie pod względem emocji.
Niestety dla mnie książka ma dla mnie znaczny problem – Erikson wiele wątków nie rozwiązał w satysfakcjonujący dla mnie sposób jak choćby wątek wojny z Awlami czy zapowiedzianych w poprzednim tomie konfrontacji między dwoma bohaterami oraz pojedynku jednego z nich. Największym „grzechem” było dla mnie zmarnowanie potencjału Trulla, który po świetnym zarysowaniu w „Przypływach nocy” ma tutaj wątek zaskakująco skromny. Mimo świetnych momentów ten tom to była dla mnie niespełniona obietnica, więc nie mógł być wyżej.

3. Joe Abercrombie „Mądrość tłumu”


Ostatni tom „Epoki Obłędu” ukazał chaos rewolucji i moim zdaniem autor dobrze go przedstawił, choćby za sprawą rozdziału „Prości ludzie”, który pokazał wykorzystywanie braku porządku do samowolnych wyroków, które obok sprawiedliwości nawet nie stały.
Z głównej siódemki Orso jak zawsze był świetny i szczerze żałowałem, że w porównaniu z poprzednimi tomami autor nie poświęcił mu na tyle miejsca, by jego postać świeciła równie mocno. O dziwo najlepiej w „Mądrości tłumu” wypadła Savine, która mimo niesympatycznego charakteru stała się bardziej ludzka. Muszę przyznać, że na przestrzeni całej trylogii dokonała się u niej największa przemiana spośród głównych bohaterów i ku swojemu zdziwieniu zdołałem ją polubić. Wątki Koniczyny i Vick na plus, a Gunnar mimo wzbudzenia we mnie trochę emocji nadal był dla mnie najmniej potrzebny w historii.
Dużo miejsca zostało poświęconego Rikke i szczerze mówiąc, z najważniejszej czwórki (Orso, Rikke, Savine, Leo) jej wątek najmniej mi się spodobał oraz najbardziej pozostawił mnie obojętnym. Leo zdołał mnie do siebie zniechęcić jeszcze bardziej, ale mimo tego muszę przyznać, że autor dobrze poprowadził jego przemianę. Sam finał historii ciekawy i pełen zwrotów akcji, ale nie czułem efektu „Wow!”, jak to miało miejsce w przypadku finału pierwszej trylogii z tego świata – „Ostatecznego argumentu”. Dobre zakończenie trylogii, ale osobiście czuję niedosyt. Za jedną decyzję jestem na autora wściekły, lecz taki styl już ma Abercrombie, by mnie denerwować co jakiś czas.

2. Steven Erikson „Okaleczony Bóg”

Finałowy tom „Malazańskiej księgi poległych” miał za zadanie zwieńczyć cały cykl i moim zdaniem autorowi udała się ta sztuka. Dwie końcowe bitwy – o serce oraz końcowa – oferują sporo emocjonalnym momentów i Erikson w pierwszej z nich świetnie poprowadził choćby obojętnych mi do tej pory Geslera oraz Chmurę, którzy byli uczestnikami jednych z najlepszych scen w „Okaleczonym Bogu”, ku memu zdziwieniu zapadając mi w pamięć. Przyznam, że walka o serce to dla mnie jedno z najlepszych wydarzeń w całej „Malazańskiej księdze poległych”, a na pewno najlepsze w jej ostatnim tomie. Końcowa bitwa również prezentowała wysoki poziom, ale było tam mniej zapadających w pamięć momentów i niekiedy miałem problem z logiką niektórych epickich wydarzeń. Dodatkowo mimo świetnego domknięcia głównej fabuły w przypadku niektórych konkretnych bohaterów ich wątki nie doczekały się dla mnie satysfakcjonującego finału.
To jeden z powodów, dla których „Okaleczony Bóg” nie zwyciężył w rankingu.
Wpłynęły na to również epicka, ale niezbyt emocjonalna bitwa o Kharkanas oraz to, że według mnie wielu bohaterów było za bardzo bezużytecznych w porównaniu do poświęcanego im miejsca np. Icarium, Rud Ellale czy Zrzęda. Finał cyklu pozostawił mnie z uczuciem satysfakcji i nostalgii, ale jednak miał kilka problemów, więc do zwycięstwa zabrakło niewiele.

1. Steven Erikson „Przypływy nocy”

Tak jak rok temu, zwycięża powieść Stevena Eriksona.
„Przypływy nocy” to pierwsza książka przeczytana przeze mnie po maturze, gdy byłem na „czytelniczym głodzie” i była świetnym wyborem. Mimo kompletnie nowych bohaterów (z wyjątkiem Trulla, który miał skromny wątek w „Domu łańcuchów”) i faktu, że to prequel (akcja dzieje się przed „Domem łańcuchów”) nie czułem takiego zagubienia, jak w przypadku „Ogrodów księżyca” czy „Bram domu umarłych”. Początkowo trudno było po tak długiej przerwie od cyklu (poprzedni „Dom łańcuchów” przeczytany 8 miesięcy wcześniej) wczuć się znowu w klimat tego świata, ale z czasem się wciągnąłem i muszę przyznać, że ta książka miała zaskakująco dobre tempo jak na powieść z „Malazańskiej księgi poległych”. Z wyjątkiem „Wspomnienia lodu” w pozostałych tomach zawsze przychodził moment, gdy fabuła była mniej ciekawa i się „ciągnęła” lub jakiś wątek jakościowo odstawał od reszty. Tutaj nie jestem w stanie napisać, żeby którykolwiek z wątków mnie nudził. Wszystkie prezentowały równy poziom, a część z nich wyróżniała się pozytywnie. Mogę wymienić choćby królewskiego obrońcę Brysa i rozgrywki polityczne na dworze władcy Letheru (uwielbiam politykę), jego brata Tehola z nieodłącznym lokajem Buggiem (dużo humoru) czy Trulla. W przypadku tego ostatniego jego wątek uważam za najlepszy. W „Domu łańcuchów” Trull zdołał mnie zaciekawić, ale ogólnie był mi obojętny. Tutaj autor pozwolił mi go poznać lepiej. Samotnik, który nie jest tak fanatyczny w swojej wierze, jak reszta tego ludu i nie przyjmuje jej prawd jako pewnych.
Wątpliwości i podważanie fundamentów tożsamości Tiste Edur nie przysparza mu popularności. Kocha przy tym swoich braci, którzy są dla niego najważniejsi. Zdecydowanie jego wątek to dla mnie jeden z najlepszych przypadków kreowania przez Eriksona jednostki.
Oprócz tego w powieści podobał mi się także bardziej zatarty podział na dobro i zło, ponieważ obie strony mają swoje wady (Letheryjczycy – otaczanie wręcz kultem bogactwa, niszczenie innych ludów, Tiste Edur – fanatyzm religijny, zbytnie zapatrzenie w przeszłość), ale mają również przedstawicieli, którym kibicowałem (Letheryjczycy – Brys i Tehol, Tiste Edur – Trull). Dzięki temu to jeden z niewielu przypadków, gdy autor dał mi wybór, komu mam kibicować, a nie praktycznie go narzucał – bo kto kibicowały wrogom Malazańczyków? Dzięki temu również fabuła była mniej przewidywalna i nie mogłem być pewny, który z tych dwóch ludów odniesie końcowy triumf.
Zdecydowanie zasłużone zwycięstwo w rankingu.

I oto nadszedł koniec zestawienia. Mam nadzieję, że dobrze wyjaśniłem wybory i obecny rok również będzie udany pod względem przeczytanych pozycji.

Jeśli udało ci się dotrzeć do tego momentu, to gratuluję i życzę miłego dnia.

1 Comment

  1. Eriksona można było dać jako jedno i więcej tytułów by się upchnęło. 😉
    Oczywiście Erikson, Watson, McClellan i Abercrombie zasłużyli na swoje miejsce w tym zestawieniu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

siedem − sześć =

Magazyn Hipogryf
%d bloggers like this: