“Dalvonah. Drepcząc w wojennym popiele” Sebastiana Artymiuka – recenzja bezspoilerowa, bo fabuła to jedyna rzecz warta poznania

Debiut jest trochę jak pierwszy naleśnik – zawsze jakoś nieudany

 
Tak to już jest, że zanim zasiądzie się do pisania czegoś nowego, głowę rozsadzają pomysły. Tyle rzeczy chciałoby się umieścić, tyle wątków, postaci i miejsc. Szkopuł w tym, by wyselekcjonować tylko to, co tworzy jednolitą strukturę. W “Dalvonah” chyba mi tego zabrakło, wątków jest tak dużo, że nie wątpię w wyobraźnię Autora, lecz w selektywność. Gdyby było ich mniej, byłyby głębsze i lepiej poprowadzone. Jest potencjał, ale należało to chyba rozbić na większą ilość stron.
 
 

“Proszę Państwa, proszę siadać, zaczynamy wykład”

 

 
Jestem historykiem, obeznanym nawet w średniowiecznych kronikach, ale męczyłem się okrutnie przy niektórych fragmentach. Panie Sebastianie, jeśli Pan to kiedyś przeczyta, będzie Pan wiedział, którą postać mam na myśli. Przygotowanie całego uniwersum nie jest rzeczą łatwą, wszystko w końcu musi się zgrywać ze sobą. I wplecenie osi dziejów na karty powieści zdecydowanie ją wzbogaca. Jednak wykład na bazie podręcznika, nawet słuchany, męczy, co dopiero czytany. Co jakiś czas, zwłaszcza na początku, fabuła zostaje brutalnie przerwana przez historyczny wykład. Cierpi na tym wszystko: opowieść o historii, tempo i sama oś zdarzeń. Kwestia zdecydowanie do poprawy, bo widać, że Autor miał plan na to historyczne tło, ale stało się to nużące zamiast wartkie. 
 
 

Silnik na skraju wytrzymałości

 

 
Gdybym chciał przyrównać tempo powieści do jazdy autem powinno być ono jak rozpędzanie się na autostradzie – im dalej w drodze, tym wyższy bieg, lub jazda na szybkiej, jednostajnej prędkości. W “Dalvonah” Autor zaserwował nam bardziej jazdę to zatłoczonym mieście – czasem szybko, nagle zwolnienie niemal do zatrzymania, potem przyspieszamy, by znów hamować. Żaden fabularny silnik tego nie lubi. Widać to np w momentach gdy Autor skraca akcję do zaledwie jednego akapitu – rozdział jednej z postaci zawiera kilkustronicowy opis dziejów ale kończy się nagłym przeskokiem akcji: 
“Po tygodniu Mollack Scelpion dotarł do środkowej części Falkmachu. Miesiąc później Smoczy Legion stał się świadkiem wezwania istot z innego wymiaru. (…) Na początku grudnia tysiąc czterdziestego pierwszego roku Bane wezwał na ziemię milion ożywieńców. Kilkanaście dni później Revaler przywołał kilkadziesiąt tysięcy demonów, które skupiły swój wzrok na Smoczym Legionie. Przetrwanie rasy ludzkiej wisiało na włosku.”
To wszystko na kilku ostatnich zdaniach rozdziału. Domyślam się tylko, że Autor pragnął nas zaciekawić dalszymi dziejami, do których dopiero fabularnie dotrzemy, ale zrobił to niezwykle nachalnie. Do tego momentu nie wiemy kim byli Bane czy Revaler, jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z nadchodzącego zagrożenia, a w tym akapicie dostajemy to wszystko jak obuchem w głowę. 
 
 

Może być jeszcze dobrze z tym światem

 

 
Jak wspomniałem na początku, “Dalvonah” to debiut Autora, próbnik jego zdolności pisarskich. I w wielu momentach widać duże pozytywy. Artymiuk ma ciekawe pomysły, a generalny koncept fabuły jest naprawdę interesujący. Geomancja, okultyzm, demony i inne wymiary, nawet smoki – wszystko to znajdziemy w “Dalvonah”. Na tym oparto fabułę i wszystko ładnie do siebie pasuje. Na plus, i to bardzo duży, muszę zaliczyć fakt, iż Artymiuk zdecydował się umieścić rozdziały z punktu widzenia ożywieńca. To naprawdę rozszerza nam perspektywę. Rzadko mamy taką możliwość. 
 
Krótko jeszcze tylko o stylu Autora. Jak na debiut, styl pisarski Artymiuka jest bardzo dobry, w większości odpowiada potrzebie chwili. Opisy są adekwatne i zrozumiałe (może tylko długie) a dialogi całkiem wartkie i odpowiadające charakterowi bohaterów. 
 
Gdybym miał coś radzić Autorowi, to to, żeby kontynuował pisanie. Bowiem jeśli styl i wyobraźnia dopisują, jakość tekstu zawsze da się poprawić. Jest na co czekać. 
 

 
 

Tytuł: Dalvonah. Drepcząc w wojennym popiele

Autor: Sebastian Artymiuk

Wydawca: Novae Res

Data premiery: 06.11.2020

Liczba stron: 352

ISBN: 9788382190595

Thorvil

Thorvil

"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od południa, od strony Podkarpacia. Miał na sobie stary płaszcz, w którym niegdyś ścigał Mężczyznę w czerni, przy boku miał miecz dziedzica Isildura, a na twarzy bliznę po strzale z blastera Boby Fetta... Ale przyszła na niego kolej, przysiadł więc i zaczął pisać co widział. A było tego sporo..." Thorvil, czyli ja, spiszę tu wszystko to i wiele więcej. Oczekujcie ode mnie sporo fantastycznej publicystyki, Gwiezdnych Wojen i okazjonalnych recenzji nowości i książek retro. W świecie SW siedzę tak głęboko, że gdybym miał bliźnięta nazwałbym je... Tak, zgadliście! R2D2 i C3PO! To wszystko i sporo więcej, ale zawsze w klimacie.

%d bloggers like this: