Czy światło Jedi jest w stanie znów rozświetlić Galaktykę?

Krajobraz po bitwie

 

    J.J. Abrams zakończył swoją trylogię fatalnym „The Rise of Skywalker”. Nie gryzę się w język, bo o pewnych rzeczach trzeba mówić bez ogródek. Rok 2019 przyniósł nam dwa rozczarowujące zakończenia popularnych franczyz – marek spod szyldu „Star Wars” oraz „Gra o Tron”.

 

    Trendem, który jest natychmiastowo wyczuwalny jest nagła chęć wypuszczenia czegoś nowego, co przykryło by nam poczucie klęski twórców. HBO postawiło na prequelową historię początków losów Targaryenów, Disney swoje starania skupił na rozwijaniu wątków Mandalorianina i nową erę – Wysoką Republikę. Drugi sezon przygód Mando i „Baby Yody” zrecenzuję po zakończeniu emisji serialu, teraz przyglądnijmy się może drugiemu projektowi – znanemu z początku jako „Luminous”, a teraz oficjalnie nazwanym „Star Wars. The High Republic”.

 

 

Nowe otwarcie? Czy my już tego nie przerabialiśmy?

 

    Przypomnijcie sobie rok 2005. Byliście jeszcze młodzi, nikt nie słyszał o pandemiach i lockdownach, a do kin wszedł film „Zemsta Sithów”. Zwieńczenie drugiej lucasowej trylogii ratowało nieco honor franczyzy. Można było uwierzyć, że łyk trunku o nazwie „Prequels” – początkowo słodki słodyczą nadziei, później przechodzący w gorycz srogiego zawodu, zakończy się neutralnym odczuciem zabijającym niesmak. I tak też się stało, były momenty, fabuła składała się w całość. A po latach można było wrócić do tamtej trylogii bez zażenowania. 

 

    Tym razem nie mogło tak być. „Skywalker. Odrodzenie” był fabularnym gniotem pełnym nielogiczności, miałkości postaci i zdarzeń. A przecież wystarczyło tylko pociągnąć to co w „Ostatnim Jedi” zrobił Rian Johnson – modernistyczną opowieść z krwi i kości, szarą i pozbawioną bajkowego ujęcia z „Przebudzenia Mocy”. Nigdy do tego nie doszło, więc potrzeba było zmian, czegoś świeżego. Ale właśnie, tą świeżością miała być najnowsza trylogia sequeli, czy więc nie wchodzimy znów na minę? Czy tak wielkie projekty nie dobijają gwoździ do trumny świata Star Wars? 

 

Nowa nadzieja

 

    Disney to gigantyczny moloch finansowy, potentat branży i niemal monopolista. Były już szef firmy, Bob Iger, doskonale zdawał sobie sprawę z ekonomicznego potencjału franczyzy, dlatego już w 2019 roku zapowiadano nowy projekt otwierający szerokie perspektywy rozwoju. Klęska trylogii przyspieszyła ciąg zdarzeń. 

 

   Czym zatem jest Wysoka Republika? Krótko mówiąc zapełnieniem białych plam na osi czasu „Gwiezdnych Wojen”. Akcja rozgrywa się około 200 lat przed wydarzeniami z „Mrocznego Widma” (całkiem więc odcina się od losów rodziny Skywalkerów) w szczytowym okresie potęgi Republiki i Zakonu Jedi. Z tego co wiemy w tym momencie, Galaktykę nawiedza rasa określana jako „kosmiczni Wikingowie” doprowadzając do „wielkiej katastrofy”. I to z jej skutkami będą się mierzyć bohaterowie tej spin-offowej historii. 

 

    Bardzo ważnym, o ile w ogóle nie najważniejszym aspektem tego rozdziału jest fakt, że nie ma przy nim mowy (na tę chwilę) o żadnych projektach filmowych, serialowych etc. Na sam początek roku 2021 zapowiedziano dwie książki „Light of The Jedi” oraz „A test of courage”, następnie chwilę później ukaże się kolejna – „Into the Dark”. W międzyczasie wychodzić będą komiksy rozszerzające tę gałąź Star Wars. 

 

    Kluczowy jest jednak fakt, jak o projekcie wypowiadają się jego twórcy. Da się bowiem wywnioskować, że zrozumieli oni błędy poprzedników i nowe Gwiezdne Wojny będą tworzone na miarę XXI wieku. Na migawkach udostępnianych przez załogę redakcyjną widzimy tablice ze słowami: „surprise”, „diversity”, „relatable characters”, „humor” czy „actual ending”. Nawet jeśli to zdjęcie typowo pod social media, to fakt, że postawiono takie założenia jako pryncypialne napawa optymizmem. Wspomniano też o konieczności wplecenia gdzieś dinozaurów i nie ukrywam, jestem fanem. Świeże otwarcie, nowe realia, świadomi odpowiedzialności twórcy, kredyt zaufania (jednak nadal) – to coś, na czym możemy karmić swą nadzieję. 

 

Beczka dziegciu czy tylko łyżka? 

 

    Choć jako fan Sagi, z pewną dozą nadziei i nieśmiałości oczekuję „The Light of The Jedi”, nie mogę być ślepy na zagrożenia jakie czyhają na twórców Wysokiej Republiki. Bez wątpienia zaliczył bym do nich:

 

– naciski ze strony władz Disneya co do terminów, osi fabularnych lub rozwiązań pasujących do przyszłych, nieprecyzyjnych jeszcze projektów. Czyli czegoś, co dzieje się w Marvelu, jeśli fakt musi pasować do następnego filmu nawet jeżeli wydaje się absurdalny w danym momencie;

 

– presja wynikająca z chęci osiągnięcia wyniku sprzedażowego ponad realne możliwości (Disney jest mocno „pod kreską” z powodu pandemii), co zawsze negatywnie przekłada się na swobodę twórczą autorów;

 

– kompletne rozminięcie się z oczekiwaniami „twardogłowych” fanów Sagi, którzy reagują alergicznie na każde przejawy rozwoju i odejścia od manieryzmu Starej Trylogii (wniosek ten wysnuwam na podstawie reakcji części fanów na „Ostatniego Jedi”, najdojrzalszy film franczyzy);

 

– zbyt szybka decyzja o stworzeniu kolejnego filmu lub serialu (może to spowodować ogromny chaos produkcyjny, bo scenarzyści mają nadrzędną rolę nad pisarzami więc mogą torpedować bądź zwyczajnie kraść ich jeszcze nie wydane pomysły czy rozwiązania);

 

– z drugiej jednak strony, oparcie losów marki na książkach i komiksach, w obecnych czasach, może się okazać strzałem z blastera w kolano i przynieść realne straty finansowe, a w konsekwencji skasować bądź zmarginalizować cały projekt.

 

Końcowe odliczanie

 

   Do premiery pierwszej z książek otwierających czasy Wysokiej Republiki zostały nam niecałe dwa miesiące. Pierwszy rozdział „The Light of The Jedi” jest już nawet dostępny w internecie. Muszę przyznać, że Disney potrafi świetnie „teasować” fanów skąpo racząc nas informacjami ale utrzymując stały poziom zainteresowania. Warto jest dać szansę Wysokiej Republice, gorzej już chyba nie będzie. 

Thorvil

Thorvil

"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od południa, od strony Podkarpacia. Miał na sobie stary płaszcz, w którym niegdyś ścigał Mężczyznę w czerni, przy boku miał miecz dziedzica Isildura, a na twarzy bliznę po strzale z blastera Boby Fetta... Ale przyszła na niego kolej, przysiadł więc i zaczął pisać co widział. A było tego sporo..." Thorvil, czyli ja, spiszę tu wszystko to i wiele więcej. Oczekujcie ode mnie sporo fantastycznej publicystyki, Gwiezdnych Wojen i okazjonalnych recenzji nowości i książek retro. W świecie SW siedzę tak głęboko, że gdybym miał bliźnięta nazwałbym je... Tak, zgadliście! R2D2 i C3PO! To wszystko i sporo więcej, ale zawsze w klimacie.

%d bloggers like this: