Blask ostatecznego kresu – ostatni akt trylogii

„Blask ostatecznego kresu” to ostatni tom „Trylogii Licaniusa”. Pierwszy „Cień utraconego świata” był dla mnie sporym zawodem, ale drugi był już o wiele lepszy i liczyłem, że cykl utrzyma ten poziom już do końca. Czy tak rzeczywiście się stało? Zapraszam do recenzji.

UWAGA! SPOILERY Z POPRZEDNICH DWÓCH TOMÓW

Po poświęceniu Ashy bariera jest cała, ale niebezpieczeństwo wciąż nie zostało zażegnane. Czcigodni nie poddadzą się tak łatwo. Wirr próbuje przygotować swoich rodaków na zbliżającą się batalię o losy świata, ale musi sobie poradzić z krótkowzrocznością starszych. Tymczasem uwięziony Davian próbuje pokrzyżować plany Czcigodnych, a Caeden stara się doprowadzić do końca swój plan.
Zbliża się ostateczne starcie, które będzie ostatecznym kresem tej historii.

Zakończenia mają to do siebie, że nie zawsze spełniają oczekiwania, a tutaj miało miejsce spore ryzyko, ponieważ autor stworzyć mocno skomplikowaną historię.
Według mnie nie do końca podołał zadaniu. Bardzo skupił się na rozwiązaniu wątku głównego, przez co fabuła stała się trochę prostsza do przewidzenia. W trakcie całej lektury autor zaskoczył mnie solidnie tylko dwa razy, z czego oba miały miejsce w końcówce.
Co więcej, jeśli chodzi o śmierci danych bohaterów, to bardzo przejrzyście widziałem, którzy spośród nich przeżyją. W zasadzie zaskoczyła mnie tylko jedna śmierć, która wydarzyła się „poza ekranem”, ponieważ śmierć tej konkretnej postaci nie wydawała mi się niezbędna.
Moim zdaniem brakowało tutaj napięcia, które czułem najbardziej w drugim tomie i zwyczajnie emocji. Dawno nie czytałem książki, gdzie byłbym tak…nieczuły na wydarzenia opisane w książce.

Ogólnie książkę czytało mi się różnie. Początek dwieście stron nie był nużący, ale niewiele się działo i aż się spytałem dobrej znajomej, kiedy w końcu fabuła stanie się ciekawsza. Później już było lepiej i nie czułem wielkich emocji, ale było po prostu przyjemniej. Jednak tutaj mam jeden zarzut. Z czasem coraz bardziej zaczęło mi przeszkadzać, że autor za bardzo pragnął wyjaśniać różnie zawiłości swojej fabuły. Trudno narzekać na brak niedopowiedzeń, ale mam wrażenie, że wyjaśnienia nie były zbyt dobrze wkomponowane w historię. Te informacje były podawane nie do końca naturalnie i czasami dało się odczuć ich chwilowy nadmiar.
Co do końcówki, to im mniej było pytań do rozwiązania, tym bardziej fabuła stawała się przewidywalna i ostateczne starcie z Czcigodnymi wypadło trochę blado. Jedyne, co wypadło na plus, to konfrontacja Caedena z Shammaelothem (w tym przypadku nawet trochę żałowałem, że ta scena nie była dłuższa) oraz epilog, gdzie poczułem się pozytywnie zaskoczony.

Zazwyczaj w każdym tomie była postać przewodnia, której wątek wybijał się ponad resztę. W „Cieniu utraconego świata” najciekawiej czytało mi się o Ashy oraz augurach, a w „Echu przyszłym wypadku” wciągnęły mnie polityczne rozgrywki z udziałem Wirra, które uważam swoją drogą za najlepsze fragmenty, jeśli chodzi o cały cykl, chociaż może takie odnoszę wrażenie, że względu na słabość do wątków politycznych.
W „Blasku ostatecznego kresu” ku mojemu zdziwieniu ta rola przypadła Davianowi. Z chwilą trafienia do Zvaelaru jego wątek stał się znacznie ciekawszy, gdy spotkał doświadczonego przez życie Raeletha oraz twardą wojowniczkę Nihę, których zdecydowanie uważam za jedne z lepszych postaci pobocznych w całej trylogii.
Oprócz niego reszta postaci miała mniej ciekawe wątki, ale o dziwo żadnego nie mogłem nazwać nudnym, a przynajmniej nie przez większość czasu. Wirr i polityka to dla mnie idealne połączenie, Caeden dużo mieszał, a Asha cóż… Jej fabuła była najmniej obszerna i nie powiem, żebym z tego powodu cierpiał, bo w porównaniu do pierwszego tomu wypadała coraz bardziej blado na tle reszty głównych bohaterów, co było dla mnie sporym zawodem.

Skoro już dotknąłem tematu bohaterów, to według mnie na tej płaszczyźnie jest u Islingtona średnio. Autor potrafi dać im interesujące wątki i sprawić, by ciekawie się o nich czytało, lecz Davian, Caeden, Wirr czy Asha nie byli dla mnie interesujący sami w sobie.
To nie był poziom choćby inkwizytora Glokty z „Pierwszego Prawa”, gdzie dla czytelników wciągająca mogłaby być scena obierania przez niego ziemniaków, gdyby tylko Joe Abercrombie interesująco przedstawił jego myśli podczas tej czynności.
Od razu mówię, że nie uważam bohaterów u Islingtona za tragicznych. Według mnie po prostu to nie oni przyciągają do historii, tylko zawiła fabuła, która mnie osobiście nie zachwyciła, lecz nie mogę nie podziwiać autora za odwagę rozpoczęcia swojej kariery pisarskiej tak skomplikowaną i obszerną historią.
Widać, że autor potrafi pisać ciekawie i drugi tom „Echo przyszłych wypadków” był dla mnie świetną rozrywką, ale widać jeszcze braki warsztatowe, które nie pozwoliły zabłysnąć tej historii w pełni.

Podsumowując, uważam, że „Blask ostatecznego kresu” to niezbyt dobre zakończenie cyklu, po którym obiecywałem sobie bardzo wiele. Powieść była o wiele mniej ciekawa niż „Echo przyszłych wypadków” i widać było, że autor za bardzo skupił się na wątku głównym i wyjaśnianiu zawiłości swojej fabuły. Mimo to według mnie jest to trylogia godna uwagi, chociaż nie podzielam zachwytów sporej liczby czytelników. Jeśli lubicie zawiłe fabuły i nie przeszkadza wam, gdy bohaterowie nie są tak ciekawi, jak sama historia, to moim zdaniem warto spróbować.

Tytuł: Blask Ostatecznego Kresu
Autor: James Islington
Wydawca: Fabryka Słów
Data premiery: 13-04-2022
Liczba stron: 991
ISBN: 9788379647231

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

13 − jeden =

Magazyn Hipogryf
%d bloggers like this: